Piętnasty maja 2016 roku, godzina 8:30. Wagon 11, miejsce 45, pociąg z
Białegostoku do Wrocławia. Stacja
pośrednia: Toruń.
Zwykle nie noszę plecaków. Właściwie… nigdy tego nie robię. Wolę torby
przez ramię, które stały się jednym z moich znaków rozpoznawczych. Tym razem,
dla wygody podróży, zdecydowałam się jednak na ten pstrokaty plecak, którego
teraz zdejmuję i układam na podłodze. W tym samym momencie do przedziału
wchodzi kobieta w średnim wieku i z uśmiechem determinującym całą jej postać.
Kiedy na nią spoglądam, ów uśmiech przeistacza się w byt o wiele większym
znaczeniu niż cała sylwetka. Przerasta ją, wypełnia pomieszczenie i zwęża małe
oczy, które z sympatią akceptują moje przywitanie.
- Jak dobrze, że pani ze mną jedzie, będę miała towarzystwo – chodzący uśmiech
rozszerza się i usadawia wygodnie na miejscu naprzeciwko mnie. – Dokąd pani
jedzie?
- Do Torunia.
- Och, studiuje tam pani?! Ja też studiowałam w Toruniu, piękne czasy.
Prawo, tak... Mam nadzieję, że mieszka pani w akademiku. Nie rozumiem, dlaczego
młodzi dzisiaj wolą wynajmować mieszkania. Nie wiedzą, ile przygód tracą. Ale u
Rydzyka pani studiuje?!
- Nie, na UMK. Dziennikarstwo.
- Och, dzięki Bogu. Wie pani, byłam dzisiaj w kościele, na szóstą rano, ale
podczas kazania miałam ochotę z niego wyjść. Jakiś facet naprawdę to zrobił,
haha. Bo pani, pani mi powie, czy to rola księdza, żeby mówić, że PO to
organizacja przestępcza? Że Rydzyk to święty?
Drzwi przedziału rozchylają się. Do środka wchodzi kolejna postać, rzuca
głośne „dzień dobry” i patrzy się badawczo na moją rozmówczynię.
- Nie poznaje mnie pani, prawda?
Uśmiech nieco blednie, ale po chwili rozkwita na nowo, kiedy w małych
oczach pojawia się rozpoznanie.
- Ach, to pani! Na dworcu przecież rozmawiałyśmy. Ale pani miała jechać
rano. Zaspała pani, tak?
- Nie, wujka nie chciałam budzić – wczoraj miał ciężki dzień w pracy. Ale
chwilka… Miejsce 45 jest moje, na pewno. Mogłaby pani pokazać mi swój bilet?
Dopiero po pewnej chwili orientuję się, że nowa bohaterka tej opowieści
zwraca się już do mnie. Sięgam po portfel, wyciągam zmiętą kartkę papieru... I
w tej chwili czuję przypływ paniki, z tego rodzaju niespodziewanych i
oblewających czerwienią uświadomień, które przyspieszają rytm serca i boleśnie
skręcają żołądek.
- Mamy to same miejsce… Ale popełniłam błąd. – Mówię, nerwowo pocierając
dolną wargę.
- Co się stało?
- To bilet na jutro.
Szybko zakładam kurtkę, biorę pstrokaty plecak w rękę i gnam na zewnątrz.
Do odjazdu zostało dziesięć minut. Wyrozumiała pani konduktor, która stoi przy
drzwiach, obiecuje, że zaczeka. Później już tylko zniecierpliwienie związane ze
staniem w kolejce, która zdaje się poruszać w spowolnionym tempie i kontynuacja
biegu w drugą stronę.
Miejsce: 25.
Siadam, oddychając ciężko. Mogłabym powiedzieć, że mam słabą kondycję,
szczególnie w sytuacjach stresu, ale prawdziwszym byłoby stwierdzenie, że moja
kondycja po prostu nie istnieje. W takim stanie zastaje mnie uśmiechnięta pani,
która zauważa mnie przypadkiem, kiedy zmierza do łazienki.
- Dlaczego pani do nas nie zajrzała?! Martwiłyśmy się bardzo, że pani nie
zdąży. Proszę przyjść do nas, niech pani tutaj nie siedzi sama, w towarzystwie
zawsze milej. Zapraszamy.
W taki sposób poznaję dwie kobiety, starsze ode mnie o co najmniej trzydzieści
lat, obydwie jadące do Olsztyna. Po swojej prawej mam uśmiechniętą panią, a
teraz naprzeciwko niej siedzi po turecku, boso, jej stara-nowa znajoma.
- To porażające, w jaki sposób ludzie niszczą Matkę Ziemię. Wiecie panie,
że na równiku obecnie temperatura podwyższyła się o siedem stopni Celsjusza?
Unoszę brwi w zaciekawieniu, próbując tym samym okazać wsparcie dla
kontynuacji monologu. Nagle dociera do mnie, jak bardzo uwielbiam podróże
pociągiem. Przede mną sześć godzin jazdy i czuję radosną ekscytację na myśl, że
spędzę połowę tej drogi z tak ciekawymi postaciami. Tymczasem ta mniej uśmiechnięta
osoba przejmuje główną rolę w prowadzonej konwersacji.
Okazuje się, że trenuje jogę, od dwudziestu lat jest pielęgniarką, z czego
dwanaście spędziła na studiowaniu. Wierzy w potęgę ziołolecznictwa i w to, że
każdy lek jest trucizną, dlatego nie połknęła ani jednej tabletki od pięciu
lat. To wszystko przez ten cholerny aspartam, jest wszędzie, dlatego musi
uważać na każdą rzecz, którą spożywa.
- CUD. Ciało, Umysł, Dusza. Wszystko jest ze sobą połączone. I to wszystko
jest banalnie proste. Rozum jednak trzeba wyłączyć. To rozum nas wszystkich
ogłupia i powstrzymuje przed tym, co słuszne dla serca. – Poprawia okulary z
fioletowymi oprawkami, które zsuwają się jej lekko z nosa. Za szybą mijamy
pola, łąki i lasy, na bladoniebieskim niebie wirują białe obłoki. Scena nieco
filmowa, nierealna, momentami absurdalna, ale piękna: inni ludzie to wyprawy z
największą ilością przygód. – Bo to słowa, to słowa są największym brudem jakie
wydziela drugi człowiek.
- W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy energią. Zdają sobie panie sprawę, że
tylko dwie dziesiąte procenta stanowi materia w atomie? Dlatego hindusi
twierdzą, że wszystko jest iluzją. Gdyby jądro atomu było wielkości szpilki,
reszta – energia – stanowiłaby sto dwadzieścia centymetrów kwadratowych. To
energia. Jest wszędzie.
Wyłączam się. Pomimo pewnego szaleństwa, które tkwi w słowach tej
tajemniczej postaci, ma ona wiele racji. Za oknem ciemnieje. Zapewne niedługo
zacznie padać deszcz, drobne krople pokryją pędzącą szybę pociągu. Póki co
promienie Słońca przebijają się jeszcze poprzez chmury, wpadają do przedziału…
- Och, zobaczcie, lisek wygrzewa się na słońcu!
To zabawne, jak wiele symboli wciąż powtarza się na kolejnych etapach
mojego życia. Może rzeczywiście wszystko jest ze sobą połączone i dopiero po
jakimś czasie jesteśmy w stanie dostrzec w tym wszystkim pewną mozaikę. Przypomina
mi się moja własna teoria o sensie istnienia. Żadna energia nie ginie ani nie
powstaje we wszechświecie, co oznacza, że stanowimy sumę energii różnych
elementów. Spotykają się one i tworzą nowe byty, które jednocześnie są
połączeniem tego, co już kiedyś istniało. Mogę zawierać w sobie historię
kamienia, zieleń trawy, tchnienie wyjącego wilka i upór kota czy… uśmiech
Charlesa Evansa.
Piątego grudnia 1995 roku zmarł himalaista nazwiskiem Charles Evans. Tego
samego dnia narodziła się również studentka dziennikarstwa, Karolina Błońska.
Pewnego dnia, przy zgaszonych światłach, spowodowanych brakiem prądu przez
szalejącą na zewnątrz burzę, rozmawiałam ze swoimi rodzicami o reinkarnacji. Popularna
była wtedy internetowa zabawa w sprawdzanie, kto umarł w dniu twoich narodzin –
oznaczało to, że w poprzednim życiu byłeś tą właśnie osobą. Przeglądarka szybko
znalazła moje „wcześniejsze wcielenie” i zapoznała mnie z historią mężczyzny,
który zdobył Kanczendzongę.
Jest to szczyt zajmujący trzecie miejsce na Ziemi, jeżeli chodzi o
wysokość, a drugie w Himalajach. Tak zwany – ośmiotysięcznik. Znajduje się na
granicy Indii i Nepalu. To kilkuwierzchołkowy masyw, rozczłonkowany dolinami,
którymi w różne strony spływają lodowce.
Kangchenjunga – kang oznacza śnieg, chien – wielki, dzod – skarbnica,
nga – pięć, od pięciu szczytów tej góry, czyli: Pięć Skarbów pod Wielkim
Śniegiem. Wierzchołek góry jest uznawany za święty.
W 1955 roku szef brytyjskiej wyprawy, Charles Evans, wyruszył wraz ze
swoją ekipą na zdobycie Kanczendzongi. Sam nie dotarł do jej szczytu, lecz
czwórka z jego załogi dokonała tego czynu. Dlaczego? Znalezione przeze mnie
źródła nie podają przyczyny tego zjawiska. Może taki był pierwotny zamysł
himalaistów; może tak chcieli okazać swój szacunek tubylcom, dla których góra
stanowiła świętość. A może był to dla nich jedynie punkt do zdobycia, punkt
trudny i wymagający poświęceń, których ciężaru nie każdy był w stanie
podźwignąć. Kanczendzonga była dla nich miejscem niezwykłym, ale nie
mistycznym. Dlatego część z nich odcisnęła swoje obuwie na jej szczycie.
Wcześniej, w 1953, sytuacja wyglądała podobnie, wtedy jednak Evans
chciał zdobyć Mont Everest. Był zmuszony zawrócić, lecz jego kompani dotarli na
samą górę.
Ten pół-zdobywca miał prawdopodobnie ten sam kompleks superbohatera,
który krąży w moich żyłach. Sam fakt, że później zajął się wykładaniem na
uniwersytecie, o czym ja również marzę, udowadnia tę teorię. Ponadto, zanim
zaczął karierę himalaisty, skończył medycynę i wstąpił do wojska jako medyk.
W końcu nadszedł piąty grudnia 1995. Charles Evans, w wieku 77 lat,
zmarł. I choć nawet ja przyjmuję reinkarnację z pewnym przymrużeniem oka, to
myśl o tym, że jakiś odłamek tej kolorowej postaci może tkwić w jakiejś cząstce
mojej energii, nie jest zła. A może jest we mnie tchnienie tej góry, Pięciu
Skarbów pod Wielkim Śniegiem, trzeciego szczytu na świecie. Może jestem
Kanczendzongą, świętą dla tubylców, tajemniczą dla zdobywców, zniechęcającą dla
niewytrwałych. A może to przede mną stoi góra, którą boję się naznaczyć i wciąż
jedynie wysyłam pośredników.
Dojeżdżam do Torunia.
.jpeg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz