Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty

12:56

Dzień Poezji

Dzień Poezji

wiosna

Poezja jest zwyczajna

Rok temu byłam na slamie poetyckim.  Dla niewtajemniczonych: jest to boks poetów-amatorów, którzy mierzą się na scenie za pomocą słów. Publiczność to jury: ocenia cały świat jednego wiersza za pomocą cyfry zapisanej na tabliczce. Byłam jednym z nich - anonimowych sędziów. Jak było? Momentami wzruszająco, ale głównie zabawnie i rozluźniająco. Brzmi dziwnie?

Raymond Williams w publikacji "Culture is ordinary" jako jedno z błędnych spojrzeń na pojęcie, jakim jest "kultura" określa kojarzenie jej z tym samym, co oznacza "kultura wysoka". Według autora błędne jest także ograniczanie "kultury" do placówek takich jak uniwersytety, muzea, teatry i tym podobne. Według niego "kultura jest zwyczajna". Wszyscy tworzymy kulturę, jako indywidualni ludzie, jak i społeczności. Kultura jest wszędzie, to ogół działalności człowieka.

Wydaje mi się, że przyzwyczailiśmy się do stawiania znaku równości pomiędzy "kulturą" a "kulturą wysoką". "Kultura wysoka" z kolei przypomina nam klasykę, dawnych mistrzów, dzieła uniwersalne. Przykłady są oczywiste. Kto nie zna Szekspira? A kto wie, że jego publiczność nie stanowiła jedynie elita, ale także liczna gawiedź? 

Poezja jest utrwalana za pomocą narzędzia, który posiada każdy z nas: języka. Jest codziennością. Ją się po prostu czuje, nie trzeba zawsze rozumieć. Był kiedyś taki fanpage na Facebooku, którego nazwy nie pamiętam i nie byłam w stanie go odnaleźć, na którym publikowane były wiersze ułożone ze zdań, które możemy usłyszeć w domu, w tramwaju, na ulicy - każdego dnia. Ostatnio niezwykle popularna stała się twórczość Rupi Kaur. Tysiące osób "lubi" takie strony jak: "Wgryź mi się w duszę", "Efekt uboczny trzeźwości", "Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń - wzruszenie ramion". To tylko garstka źródeł, które popularyzują szeroko rozumianą "poezję".

Dlatego wydaje mi się, że cały ten szum wokół poezji jest próbą oddalenia jej od zwykłych ludzi przez tych, którym wydaje się, że ją rozumieją; to nieumiejętna próba analizy "Stepów Akermańskich" narodowego wieszcza przez polonistkę, która nawet potrzeby fizjologiczne załatwia według ściśle określonego klucza; to w końcu wciskanie na siłę "Pana Tadeusza" dzieciom, które i tak nic z tego nie rozumieją. Poezja to nie tylko klasyka. Poezja kryje się także za "sercem z ketchupu na kanapce" - jak w piosence Luxtorpedy.

Nocny wariant

Co właściwie wywołało powyższe rozważania? Oprócz tego, że 21 marca oznacza pierwszy dzień kalendarzowej wiosny - mojej ulubionej pory roku - jest to także Dzień Poezji. Jakoś od gimnazjum ciągnie się za mną szlak mojej własnej twórczości tego typu, chociaż od dawna już w żaden sposób jej nie publikuję, a same owoce są znikome. Za to efekty uboczne są widoczne do dzisiaj: czasem nie jestem w stanie nie używać zbyt wybujałego słownictwa, przychodzi mi to całkowicie naturalnie, przez co brzmię jeszcze bardziej nadęcie niż w rzeczywistości jestem. To moja osobista tragedia.

Z tej okazji postanowiłam napisać wpis, w którym chciałabym zamieścić mój ulubiony wiersz. Przynajmniej, niegdyś ulubiony. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego właśnie on wzbudził we mnie taki sentyment i odkąd przeczytałam go po raz pierwszy, jakoś zapadł mi się w pamięci. Zabawne jest to, że zależnie od tego, w jakim momencie życia się znajduję, oznacza on dla mnie coś kompletnie innego. Przedstawiam "Nocny wariant" Tadeusza Olszewskiego.

ten kto powiedział że noc jest piękna
był masochistą
gryzł własne palce i krzycząc z bólu
wciąż bał się że nadejdzie przedwczesny świt

ten kto powiedział że noc jest piękna
był szaleńcem
wspinał się ku gwiazdom tak długo
aż wreszcie spadł i rozbił się
w setki migotliwych odłamków
nadmiernej ufności

ja który mówię że noc jest piękna
chodzę z zamkniętymi oczami
i myślę że te oczy są nocą
dlatego
moje ciało fosforyzuje w pełnym słońcu
którego nigdy nie widziałem
moje ciało umiera w samo południe
którego nigdy nie było
moje ciało nie jest moje
ponieważ należy tylko do mnie
moje ciało jest moją nocą
gęstą nocą
bezbrzeżną nocą
której początku nie pamiętam
a końca nawet nie zauważę


Źródła: klik

21:08

Jestem Kanczendzongą

Jestem Kanczendzongą



Piętnasty maja 2016 roku, godzina 8:30. Wagon 11, miejsce 45, pociąg z Białegostoku do Wrocławia. Stacja pośrednia: Toruń.

Zwykle nie noszę plecaków. Właściwie… nigdy tego nie robię. Wolę torby przez ramię, które stały się jednym z moich znaków rozpoznawczych. Tym razem, dla wygody podróży, zdecydowałam się jednak na ten pstrokaty plecak, którego teraz zdejmuję i układam na podłodze. W tym samym momencie do przedziału wchodzi kobieta w średnim wieku i z uśmiechem determinującym całą jej postać. Kiedy na nią spoglądam, ów uśmiech przeistacza się w byt o wiele większym znaczeniu niż cała sylwetka. Przerasta ją, wypełnia pomieszczenie i zwęża małe oczy, które z sympatią akceptują moje przywitanie.

- Jak dobrze, że pani ze mną jedzie, będę miała towarzystwo – chodzący uśmiech rozszerza się i usadawia wygodnie na miejscu naprzeciwko mnie. – Dokąd pani jedzie?

- Do Torunia.

- Och, studiuje tam pani?! Ja też studiowałam w Toruniu, piękne czasy. Prawo, tak... Mam nadzieję, że mieszka pani w akademiku. Nie rozumiem, dlaczego młodzi dzisiaj wolą wynajmować mieszkania. Nie wiedzą, ile przygód tracą. Ale u Rydzyka pani studiuje?!

- Nie, na UMK. Dziennikarstwo.

- Och, dzięki Bogu. Wie pani, byłam dzisiaj w kościele, na szóstą rano, ale podczas kazania miałam ochotę z niego wyjść. Jakiś facet naprawdę to zrobił, haha. Bo pani, pani mi powie, czy to rola księdza, żeby mówić, że PO to organizacja przestępcza? Że Rydzyk to święty?

Drzwi przedziału rozchylają się. Do środka wchodzi kolejna postać, rzuca głośne „dzień dobry” i patrzy się badawczo na moją rozmówczynię.

- Nie poznaje mnie pani, prawda?

Uśmiech nieco blednie, ale po chwili rozkwita na nowo, kiedy w małych oczach pojawia się rozpoznanie.

- Ach, to pani! Na dworcu przecież rozmawiałyśmy. Ale pani miała jechać rano. Zaspała pani, tak?

- Nie, wujka nie chciałam budzić – wczoraj miał ciężki dzień w pracy. Ale chwilka… Miejsce 45 jest moje, na pewno. Mogłaby pani pokazać mi swój bilet?

Dopiero po pewnej chwili orientuję się, że nowa bohaterka tej opowieści zwraca się już do mnie. Sięgam po portfel, wyciągam zmiętą kartkę papieru... I w tej chwili czuję przypływ paniki, z tego rodzaju niespodziewanych i oblewających czerwienią uświadomień, które przyspieszają rytm serca i boleśnie skręcają żołądek.

- Mamy to same miejsce… Ale popełniłam błąd. – Mówię, nerwowo pocierając dolną wargę.

- Co się stało?

- To bilet na jutro.

Szybko zakładam kurtkę, biorę pstrokaty plecak w rękę i gnam na zewnątrz. Do odjazdu zostało dziesięć minut. Wyrozumiała pani konduktor, która stoi przy drzwiach, obiecuje, że zaczeka. Później już tylko zniecierpliwienie związane ze staniem w kolejce, która zdaje się poruszać w spowolnionym tempie i kontynuacja biegu w drugą stronę.

Miejsce: 25.

Siadam, oddychając ciężko. Mogłabym powiedzieć, że mam słabą kondycję, szczególnie w sytuacjach stresu, ale prawdziwszym byłoby stwierdzenie, że moja kondycja po prostu nie istnieje. W takim stanie zastaje mnie uśmiechnięta pani, która zauważa mnie przypadkiem, kiedy zmierza do łazienki.

- Dlaczego pani do nas nie zajrzała?! Martwiłyśmy się bardzo, że pani nie zdąży. Proszę przyjść do nas, niech pani tutaj nie siedzi sama, w towarzystwie zawsze milej. Zapraszamy.

W taki sposób poznaję dwie kobiety, starsze ode mnie o co najmniej trzydzieści lat, obydwie jadące do Olsztyna. Po swojej prawej mam uśmiechniętą panią, a teraz naprzeciwko niej siedzi po turecku, boso, jej stara-nowa znajoma.

- To porażające, w jaki sposób ludzie niszczą Matkę Ziemię. Wiecie panie, że na równiku obecnie temperatura podwyższyła się o siedem stopni Celsjusza?

Unoszę brwi w zaciekawieniu, próbując tym samym okazać wsparcie dla kontynuacji monologu. Nagle dociera do mnie, jak bardzo uwielbiam podróże pociągiem. Przede mną sześć godzin jazdy i czuję radosną ekscytację na myśl, że spędzę połowę tej drogi z tak ciekawymi postaciami. Tymczasem ta mniej uśmiechnięta osoba przejmuje główną rolę w prowadzonej konwersacji.

Okazuje się, że trenuje jogę, od dwudziestu lat jest pielęgniarką, z czego dwanaście spędziła na studiowaniu. Wierzy w potęgę ziołolecznictwa i w to, że każdy lek jest trucizną, dlatego nie połknęła ani jednej tabletki od pięciu lat. To wszystko przez ten cholerny aspartam, jest wszędzie, dlatego musi uważać na każdą rzecz, którą spożywa.

- CUD. Ciało, Umysł, Dusza. Wszystko jest ze sobą połączone. I to wszystko jest banalnie proste. Rozum jednak trzeba wyłączyć. To rozum nas wszystkich ogłupia i powstrzymuje przed tym, co słuszne dla serca. – Poprawia okulary z fioletowymi oprawkami, które zsuwają się jej lekko z nosa. Za szybą mijamy pola, łąki i lasy, na bladoniebieskim niebie wirują białe obłoki. Scena nieco filmowa, nierealna, momentami absurdalna, ale piękna: inni ludzie to wyprawy z największą ilością przygód. – Bo to słowa, to słowa są największym brudem jakie wydziela drugi człowiek.

- W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy energią. Zdają sobie panie sprawę, że tylko dwie dziesiąte procenta stanowi materia w atomie? Dlatego hindusi twierdzą, że wszystko jest iluzją. Gdyby jądro atomu było wielkości szpilki, reszta – energia – stanowiłaby sto dwadzieścia centymetrów kwadratowych. To energia. Jest wszędzie.

Wyłączam się. Pomimo pewnego szaleństwa, które tkwi w słowach tej tajemniczej postaci, ma ona wiele racji. Za oknem ciemnieje. Zapewne niedługo zacznie padać deszcz, drobne krople pokryją pędzącą szybę pociągu. Póki co promienie Słońca przebijają się jeszcze poprzez chmury, wpadają do przedziału…

- Och, zobaczcie, lisek wygrzewa się na słońcu!

To zabawne, jak wiele symboli wciąż powtarza się na kolejnych etapach mojego życia. Może rzeczywiście wszystko jest ze sobą połączone i dopiero po jakimś czasie jesteśmy w stanie dostrzec w tym wszystkim pewną mozaikę. Przypomina mi się moja własna teoria o sensie istnienia. Żadna energia nie ginie ani nie powstaje we wszechświecie, co oznacza, że stanowimy sumę energii różnych elementów. Spotykają się one i tworzą nowe byty, które jednocześnie są połączeniem tego, co już kiedyś istniało. Mogę zawierać w sobie historię kamienia, zieleń trawy, tchnienie wyjącego wilka i upór kota czy… uśmiech Charlesa Evansa.

Piątego grudnia 1995 roku zmarł himalaista nazwiskiem Charles Evans. Tego samego dnia narodziła się również studentka dziennikarstwa, Karolina Błońska.

Pewnego dnia, przy zgaszonych światłach, spowodowanych brakiem prądu przez szalejącą na zewnątrz burzę, rozmawiałam ze swoimi rodzicami o reinkarnacji. Popularna była wtedy internetowa zabawa w sprawdzanie, kto umarł w dniu twoich narodzin – oznaczało to, że w poprzednim życiu byłeś tą właśnie osobą. Przeglądarka szybko znalazła moje „wcześniejsze wcielenie” i zapoznała mnie z historią mężczyzny, który zdobył Kanczendzongę.

Jest to szczyt zajmujący trzecie miejsce na Ziemi, jeżeli chodzi o wysokość, a drugie w Himalajach. Tak zwany – ośmiotysięcznik. Znajduje się na granicy Indii i Nepalu. To kilkuwierzchołkowy masyw, rozczłonkowany dolinami, którymi w różne strony spływają lodowce.

Kangchenjunga – kang oznacza śnieg, chien – wielki, dzod – skarbnica, nga – pięć, od pięciu szczytów tej góry, czyli: Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem. Wierzchołek góry jest uznawany za święty.

W 1955 roku szef brytyjskiej wyprawy, Charles Evans, wyruszył wraz ze swoją ekipą na zdobycie Kanczendzongi. Sam nie dotarł do jej szczytu, lecz czwórka z jego załogi dokonała tego czynu. Dlaczego? Znalezione przeze mnie źródła nie podają przyczyny tego zjawiska. Może taki był pierwotny zamysł himalaistów; może tak chcieli okazać swój szacunek tubylcom, dla których góra stanowiła świętość. A może był to dla nich jedynie punkt do zdobycia, punkt trudny i wymagający poświęceń, których ciężaru nie każdy był w stanie podźwignąć. Kanczendzonga była dla nich miejscem niezwykłym, ale nie mistycznym. Dlatego część z nich odcisnęła swoje obuwie na jej szczycie.

Wcześniej, w 1953, sytuacja wyglądała podobnie, wtedy jednak Evans chciał zdobyć Mont Everest. Był zmuszony zawrócić, lecz jego kompani dotarli na samą górę.

Ten pół-zdobywca miał prawdopodobnie ten sam kompleks superbohatera, który krąży w moich żyłach. Sam fakt, że później zajął się wykładaniem na uniwersytecie, o czym ja również marzę, udowadnia tę teorię. Ponadto, zanim zaczął karierę himalaisty, skończył medycynę i wstąpił do wojska jako medyk.

W końcu nadszedł piąty grudnia 1995. Charles Evans, w wieku 77 lat, zmarł. I choć nawet ja przyjmuję reinkarnację z pewnym przymrużeniem oka, to myśl o tym, że jakiś odłamek tej kolorowej postaci może tkwić w jakiejś cząstce mojej energii, nie jest zła. A może jest we mnie tchnienie tej góry, Pięciu Skarbów pod Wielkim Śniegiem, trzeciego szczytu na świecie. Może jestem Kanczendzongą, świętą dla tubylców, tajemniczą dla zdobywców, zniechęcającą dla niewytrwałych. A może to przede mną stoi góra, którą boję się naznaczyć i wciąż jedynie wysyłam pośredników.


Dojeżdżam do Torunia.

Źródła: [1] [2]

16:49

Czy ''skomplikowany'' oznacza ''szczęśliwy''?

Czy ''skomplikowany'' oznacza ''szczęśliwy''?

Magiczny pociąg w nieznane (na zdjęciu Hogwarts Express z "Harry'ego Pottera")
Zawsze, gdy kupuję bilety na pociąg przez Internet, miejsce siedzące ustawiam na te koło okna. Komfort polega na tym, że obcego człowieka mam tylko po swojej jednej stronie. Po drugiej zaś chłód szyby i widok mijanych obrazów. Tym razem jednak zdecydowałam się na rezerwację zbyt późno. Przydzielone miejsce nosiło nazwę "środek" i chcąc nie chcąc, znalazłam się pomiędzy dwójką ludzkich ciał. 

Weszłam do przedziału. Moje sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu miało mały problem z włożeniem torby z laptopem (do której - wierzcie lub nie - włożyłam również wszystkie rzeczy, które były mi niezbędne do przeżycia weekendu) na wysoką półkę, ale tym razem misja zakończyła się powodzeniem. Powiesiłam płaszcz obok głowy pani, która tego wieczoru stanowiła moją lewe ograniczenie ruchów i poczułam dreszcz niepokoju, gdy uderzył ją w ucho. Głównie dlatego, że wyglądała dosyć... profesorowsko. 

Na przeciwko siedziało małżeństwo po trzydziestce. Mąż czytał Orwella, żona akurat trzymała książkę na kolanach i wpatrywała się w dal nieobecnym wzrokiem. W końcu usiadłam. Po mojej prawej spała jakaś kobieta.

Wtedy do środka weszły kolejne trzy osoby, zapełniając pomieszczenie zarówno swoją obecnością, jak i osobowościami. Pani, grubo po pięćdziesiątce, o długim kroku i równie długiej spódnicy postawiła bagaże swoich dwóch towarzyszy nad przypisanymi im miejscami. Pan, bliżej czterdziestki niż trzydziestki, poprawił dresowe spodnie i zajął siedzenie przy oknie, uśmiechając się kątem ust i mówiąc o tym, że wkrótce podbiją Warszawkie. I w końcu kobieta o pokaźnych rozmiarach, o twarzy zdradzającej prostoduszność, usiadła naprzeciwko niego. Dopiero wtedy pociąg ruszył.

W swojej torbie miałam książkę Kapuścińskiego, ale nie chciało mi się wstawać i na palcach stóp próbować ją wyciągnąć. Pobudka o szóstej rano i dzień wypełniony zajęciami wyssał ze mnie większość energii. W obecnym stanie odkrywałam nowe zakątki swojego umysłu, lecz niestety nie były one wypełnione inteligentnymi myślami. Był kwadrans po dziewiętnastej, a w domu swojej siostry miałam znaleźć się dopiero koło dwudziestej drugiej. Początkowo szukałam wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia, w którego mogłabym wgapić się pustym wzrokiem i trwać tak przez część swojej podróży, aż w końcu zrezygnowałam i przymknęłam powieki, odchylając głowę lekko do tyłu. Bateria telefonu wskazywała dwadzieścia dziewięć procent, a Messenger już dawno ucichł i nawet wirtualna rzeczywistość nie stanowiła już dla mnie opcji ucieczki.

Przysnęłam na chwilę. Sen w środkach komunikacji miejskiej ma to do siebie, że pomimo iż jesteś w ramionach Morfeusza, tak naprawdę wciąż rejestrujesz otaczającą cię rzeczywistość. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Ocknęłam się w chwili, gdy z głośników uderzyła nas informacja, że dojechaliśmy do Aleksandrowa Kujawskiego. To oznacza, że mogło minąć maksymalnie piętnaście minut.

W tym czasie pani po pięćdziesiątce zniknęła z przedziału. Przetarłam oczy i dopiero po chwili przypomniałam sobie o tuszu do rzęs - w chwili, gdy zobaczyłam czarną smugę na opuszkach palców. W tamtym momencie jednak moja aparycja nie należała do rzeczy, którymi się przejmowałam. W ogóle raczej nie było rzeczy, którymi się przejmowałam. 

Drzwi rozsunęły się i wróciła zaginiona towarzyszka. Poprawiła opadający na twarz jasny kosmyk włosów, który wypadł z jej wysokiego koka i podrapała się po nosie, głęboko przy tym wdychając powietrze.
"Sam dynamit, ale poszedł gładko", powiedziała, a ja jakoś odniosłam wrażenie, że była w toalecie. Zajęła swoje miejsce i sięgnęła do torby. Torby dużej, materiałowej i wypełnionej po brzegi. Przypomniała mi się Hermiona, która za pomocą prostego zaklęcia sprawiła, że jej bagaż był o wiele większy w środku niż na zewnątrz i zastanowiły mnie dziwne kształty ukryte w tym, którego obserwowałam. Pani nagle wyjęła kubki i zaczęła rozlewać kawę. 

Zawsze myślałam, że ulubiony kubek może wiele powiedzieć o człowieku, który jest jego właścicielem, ale znowu zamknęłam oczy i nie mogłam ich już otworzyć aż do następnej stacji. W międzyczasie przyśniło mi się, że pytałam koleżanki, czym się różni antropologia od etnologii i to pytanie tak wytrąciło mnie z rytmu, że się obudziłam. Właśnie wtedy, nasza bohaterka, wyjęła ze swojej tajemniczej torby widelce.
"Macie dzidzielce" - podała sztućce koledze i koleżance, a ta ostatnio zaczęła się śmiać i powiedziała, że mogłaby teraz otworzyć salun. Słowo to wirowało mi w nie do końca rozbudzonej głowie. 
Po krótkiej chwili pojawiły się porcelanowe talerze i serwetki, a po jeszcze krótszej - kotlety schabowe. To nie było dla mnie aż tak zaskakujące, dopóki nie zobaczyłam ziemniaków i korniszonów, które nadziane na trójzęby trzymane w ich dłoniach nie ginęły pod ostrością zębów. Było to dla mnie tak ciekawe doświadczenie, że zaczęłam zastanawiać się, czemu w sumie w zeszłym roku miałam poprawkę z socjologii.

Spojrzałam na mężczyznę czytającego Orwella. Cienkie brwi uniosły się lekko w wyrazie zaskoczenia, a jednocześnie prawie złączyły się ze sobą. Jego żona odchyliła się bardziej w kierunku wyjścia, jakby próbując dojrzeć koniec korytarza, prowadzący ku pociągowym drzwiom. Profesorowska pani czytała coś, co wyglądało na pracę (licencjacką, szeptał mój jednokierunkowo nastawiony mózg) z palcem wskazującym i kciukiem trzymającymi odcinek nosa pomiędzy oczami. Pani, która siedziała po mojej prawie zniknęła, a na jej miejscu pojawiły się torby głośnych podróżników, które zahaczały o moje udo. 

Kiedy w końcu wysiadłam na brudnym dworcu Łowicza (po krótkiej panice przy drzwiach, których jak zwykle nie miałam siły otworzyć) moim myślom wciąż towarzyszyła ta trójka nieznajomych ludzi. Kwestia kultury to jedna sprawa, a kwestia szczęścia? Wyglądali na o wiele bardziej radosnych od małżeństwa zaczytanych w wyższej literaturze, słuchających muzyki poważnej, od każdego w tym przedziale - także mnie. Kiedy wychodziłam ze środka, mówiąc dobranoc, ich odpowiedź była najgłośniejsza.
Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger