Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarskie źródła informacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarskie źródła informacji. Pokaż wszystkie posty

14:31

''Dzieci są szczęśliwe rzeczami małymi, a dla nas nawet rzeczy wielkie są za małe'' - rozmowa z prof. Piotrem Grochmalskim

''Dzieci są szczęśliwe rzeczami małymi, a dla nas nawet rzeczy wielkie są za małe'' - rozmowa z prof. Piotrem Grochmalskim



Wstaję.
- Dziękuję za rozmowę, panie profesorze.
Twarz profesora zdradza to, że już odbiegł myślami od sytuacji, w której przed chwilą się jeszcze znajdował. Otwiera książkę leżącą na biurku i pokazuje mi fotografię.
- Kiedyś na zajęciach mówiłem wam o zdjęciu pomieszczenia po wybuchu, które zrobił mój kumpel. To właśnie ono.
W źle oświetlonym wnętrzu unosi się pył. Blade twarze jaśnieją w ciemności, żywe, ale zastygłe i białe.
- Straszne.
- Dlaczego? To już po wybuchu.
- Czasem wystarczą tylko twarze.
Profesor patrzy na mnie i uśmiecha się kątem ust.
- To już jest historia.
Zapada cisza. Zastanawiam się, czy powinnam już wyjść. W końcu profesor podaje mi rękę na pożegnanie, którą ściskam niezręcznie.
- Jest pani bardzo utalentowana. Nie, niech mi pani nie dziękuje za swój talent. Niech pani go wykorzysta.
- Zrobię, co w mojej mocy.
- To zbyt duże słowa. – Wzdycha. – Jeżeli ma pani prawdziwy talent… to nie ma zbiegów okoliczności. Ma pani predyspozycje do Nowego Dziennikarstwa bardziej niż do klasycznego. Do widzenia.

Profesor Piotr Grochmalski to dziennikarz, były korespondent wojenny i wykładowca. Przez cztery semestry moich studiów uczył mnie trzech przedmiotów. Na pierwszym roku była to historia mediów, czyli zajęcia, w trakcie których zorganizował nam Wigilię, na której życzył mi w przyszłości wielu przyjaciół kosmitów i zdradził, że prawda jest symfoniczna: jest jak koncert orkiestry, w trakcie którego jeden z muzyków fałszuje i mimo że wszyscy pozostali grają prawidłowo, wciąż da się go usłyszeć; później była technika pracy reportera, na której moją pracę o „Człowieku-Porażce”, czyli esej o pokręconym szczęściu, skomentował słowami „pech to tylko inna nazwa przygody”. Aż w końcu dziennikarskie źródła informacji, na których na pożegnanie zawsze przybijamy sobie piątki.

W poniedziałek, 30 maja 2016 roku, spotkałam się z profesorem, aby przeprowadzić z nim krótki wywiad. Z krótkiego wywiadu powstało ponad pięć stron tekstu. Gdyby jednak nie był on warty lektury, nie publikowałabym go tutaj. Dlatego serdecznie zapraszam do zapoznania się z poniższym materiałem.


Dobrze, to zaczniemy dosyć klasycznie, czyli: jaka ścieżka zaprowadziła pana z powrotem na ten uniwersytet?

Dzisiaj wiem, że nie ma przypadków. Jaka ścieżka zaprowadziła mnie z powrotem na ten uniwersytet… W jakimś tam stopniu chęć wyrwania się z zawodu, który zbyt bardzo wciągał mnie i podejrzewam, że odbierał mi taki zdrowy dystans, świadomość tego, że trzeba uważnie przyglądać się każdej rzeczy i że ten porządek normalny, codzienny, jest kluczowy dla naszego życia; dlatego, żebyśmy się umieli mądrze się przewijać przez to swoje życie, żebyśmy się uczyli wagi codziennego czynu, a nie takiego ekstremalnego. Wojna jest stanem szczególnym. Mi się wojna, w którymś momencie, zaczęła… czułem asymetryczność. Tam się czułem upojony. Tu wracałem i przytłaczała mnie banalność życia. Przytłaczało mnie to, że, że nie rozumiałem jak można żyć takimi, takimi duperelami. A w istocie to te duperele są istotą szczęścia człowieka. 
Wojna jest stanem niebezpiecznego upojenia krwią i jak człowiek zaczyna się czuć dobrze w stanie ekstremalnego zagrożenia to coś tu jest duchowo nie tak – to nie rozwija duchowo, tylko hamuje. 
Nauka była takim sposobem miłości do myślenia, do duchowości, tutaj formowała się od podstaw politologia… No i postanowiłem – pójść w świat, który był światem książek. Czytania. Dziennikarstwo, to… Ja dużo czytałem jako dziennikarz, ale jednak radykalnie mniej, kiedy zacząłem pracować na uczelni.

Łapie się pan czasem na tym, że uczy pan czy przekazuje pan studentom swoją wiedzę poprzez pryzmat tych wojennych doświadczeń?

Przez pryzmat swojego doświadczenia.

Po prostu?

Problem polega na tym – mój syn to często mówi – tata, ty mówisz książkami. I jak mi to mówi to rzeczywiście myślę: masz rację, synu, bo jest… Co jest na pierwszym miejscu? Żywy student.  Relacja pomiędzy mną, a nim. Świadomość, że ja nie wiem i on nie wie. Ani on nie wie, ani ja nie wiem, ale wspólnie próbujemy czegoś szukać. Moje pragnienie obudzenia w nim tego głębokiego głodu i wiedzy, a nie dotyczących tylko wiedzy książkowej, tylko dotyczących takiej jego wiedzy o jego życiu, o nim samym. Bo… To jest naprawdę wielka przygoda – życie. Studia mogą trochę przechylić szalę, środowisko naukowe, na przecenianie wagi wiedzy sformatowanej, tej wiedzy poważnej… Ciężar książek przytłacza – czasami. I ze studentem to jest cały czas taka sytuacja, że ja wracam, odwracam się, patrzę się na siebie z perspektywy siebie jako studenta i co odkrywam – zupełne nieprzystawanie uczelni i siebie do tego, czym w istocie powinna być uczelnia, czyli jakieś takie miejsce radości z tego, że się gdzieś coś próbuje poznawać, a nie tworzenia takiej administracyjnej instytucji, która wiąże się z pewnymi restrykcjami, ograniczeniami, wiąże się z pewnymi schematami. Uczy się schematów świata, który odchodzi. 
Uczelnia uczy świata, którego już nie ma. Wcale nas nie uczula, nie uwrażliwia, nie odkrywa – nas ani świata. Uczy nas historii. 
Archeologii. Świat, którego dotykamy, ludzie, których spotykamy to są ludzie zupełnie… Oni są z realu. Oni są tutaj. Tu się buduje nasze życie. A uczelnia jakby próbuje nas wtłoczyć w schematy, które już nie działają, które już nie funkcjonują. Ten świat jest już jakby niepotrzebny i trochę wy nie macie odwagi, świadomości, że to co wy macie ze sobą, co niesiecie, to jest klucz. Wy macie być tymi osobami, które go chronią i które na nas wymuszają też to, żebyśmy się czegoś uczyli, żebyśmy się rozwijali duchowo, bo uczony też musi się duchowo rozwijać. Ciągle musi być dzieckiem. Ciągle musi dawać przykład tego, że jest jakaś tajemnica, jest pragnienie zrozumienia: 
po co ja, ku-wa, jestem na tym świecie; po co ty jesteś? 
I jak się jest w tym świecie, który dotyczy mediów, dziennikarzy to na pierwszym miejscu jest próba rozbudzenia fascynacji drugą osobą. Niekoniecznie mną, ale drugą osobą, czyli innym studentem, człowiekiem spotkanym na ulicy, przebiciem się przez znudzenie, które jest narzucane jako norma i buduje się przeświadczenie, że tak należy studiować, że studia to ma być coś nudnego, że życie to jest coś nudnego, że pokolenie jest stracone, że nie ma żadnej perspektywy.

Musimy dbać o to wewnętrzne dziecko, żeby czerpać radość ze studiowania?

Z każdej chwili. Studia są elementem waszego życia. Ile tu spędzacie czasu? Później będzie inne życie, inne wydarzenia. 
Dzisiaj jest tak, że ogrom najcenniejszego czasu jest tracony na to, żeby was sformatować według oczekiwań społeczeństwa, które już jest przeszłością. 
Ale tyle lat trzeba, żeby wejść w ten świat. Ten świat jest coraz bardziej złożony, ale coraz mniej daje nam wolności takiej duchowej kreacji i uczy nas coraz mniej odpowiedzialności. Za nas los. Za, konkretnie, moje życie. Za moje decyzje. Chowamy się. Mówimy, że ten świat jest, no, taki, taki… na odległość. Poprzez telefon… Siedzicie na zajęciach i macie już te nawyki, które wszyscy zaczynamy mieć. Patrzycie na pustą informację. Obracacie się w świecie, a obok was ktoś siedzi, patrzy się na was, a wy tego wzroku nie czujecie. Kiedyś ludzie czuli wzrok. „Co ty tak na mnie patrzysz?”. Można na kogoś patrzeć i ten ktoś nie czuje wzroku. Wzrok to jest patrzenie, to są fotony, to jest nacisk, to jest psychika. Drugą osobę trzeba czuć, a lepiej się patrzy i ogląda te najnowsze informacje, które nic nie wnoszą. Bo co mi z tego, że ja się dowiem, że na przykład lodówka w Japonii kosztuje, tam nie wiem, tysiąc jenów – co mi z tego? Natomiast życie cenne jest dlatego, że każde jabłko, które zjemy sami, jest bezcenną wartością. Tysiąc jabłek, które będziemy widzieli, jak ktoś je na ekranie – te wirtualne jabłka – nie uczą nas realności życia. A życie się odbywa w realu. I każdy fakt, każde wydarzenie naszego życia, ma skutki. Każde. I po latach się okazuje, że te skutki dopiero widoczne są z ogromnej perspektywy i jak się nie uczymy podczas – nikt nas tego nie uczy – jak ważne jest, aby być w każdej chwili. Znaczy, żeby, żeby żyć tak, aby nie przespać; żeby się nie dać wcisnąć w takie schematy, które są przygotowane, w które bardzo łatwo wejść, ale zatracamy, przestajemy siebie słuchać, przestajemy siebie widzieć, przestajemy widzieć przez siebie innych ludzi i wydaje nam się, że dużo wygramy, a tam jakiś głupek coś gada – przesypiam, bo to jest nudne. To nie jest nudne, tylko ja w tym czasie przesypiam fragment swojego życia. I tyle. Przecież ja mogę zrezygnować, ja mogę nie przyjść, mogę zmienić studia, mogę to zrobić tak, aby być aktywnym. Jeśli mi się coś nie podoba, to ja to powinienem mówić. A nie przyzwyczajać się do tego, że ja oszukuję siebie i innych. Udaję, że jest wszystko w porządku, że tak jest fajnie, że mnie nie ma. Kto ma być?

Nawiązując do tego wzroku, o którym pan mówił, że już go nie odczuwamy i do naszych tegorocznych zajęć, jakie są dziennikarskie źródła informacji, to czy właśnie dlatego kazał nam pan robić zdjęcia swoim aparatem – żebyśmy dostrzegli, że jesteśmy obserwowani?

To jest taki świat. 
Wy wchodzicie w świat, na który w ogóle nie jesteście przygotowani. Ten świat, którego ja nie rozumiem, ale już widzę pewne jego elementy i świat, przy którym Orwell to to było małe piwo. 
Wy nie jesteście tylko obserwowani. Wchodzicie w epokę totalnej inwigilacji i obserwacji. Zbieranie informacji i posiadanie o was informacji takich, które są statystycznym obrazem was. Jakby taką historią waszego życia i zbierane informacje będą więcej o was mówiły niż wy sami o sobie wiecie. Fotografia – co mówi? Pokazuje, że wy nie pamiętacie wszystkich tych rzeczy. No, nie pamięta pani, że kolega miał takie buty, że miał takie skarpetki, że spojrzał na koleżankę? I w tym spojrzeniu jest wszystko. Zobaczyła pani, że dotknął  - albo ona dotknęła? Nie zauważyła pani tego. Nie może pani tego zobaczyć. Także, życie jest tak nabite. Naprawdę, tysiące informacji, które się tam działy… I żyjecie w takim głębokim przekonaniu – ja żyję w takim głębokim przekonaniu – że wszystko jest w porządku, ja wszystko widzę. Nie, ja bardzo niewiele widzę. Ale można w sobie rozbudzać wrażliwość i bronić się przed tym, żeby nie wkręcić się w ten świat, który staje się światem totalnej pragmatyki. Wszystkie urządzenia, które was otaczają i które będą dominowały, one są na formule aksjomatów matematycznych, pragmatycznych. Musi się to zgadzać, sprawdzać. Prosty rachunek. Zamienia się coś na coś. Jeden wzór na drugi. Według pewnej określonej funkcji. Pragmatyzm. W tym świecie obowiązuje pragmatyzm i ten świat, który się przed wami otwiera będzie światem totalnej pragmatyki. Bo taki jest świat tych urządzeń. One są wszystkie oparte o zasady pragmatyzmu. Nie ma tam miłości, nie ma tam wzruszeń – jest pragmatyzm, wszystko działa w ten sposób. 
Jak wy się odnajdziecie w tym świecie – to jest zagadka. Jak się znajdzie poezja? Jak się znajdzie ten sposób kreacji międzyludzkich – w jaki sposób dziennikarze mają ten świat poznawać, jak bronić to, co jest najcenniejsze w człowieku? 
Jak nie utracić tego, co nie mieści się w tym modelu pragmatycznym, a go tam nie ma? Komputery nie mają w ogóle aksjologii. Wartości nie istnieją tam. Tam nie ma miłości, nie ma dobra, nie ma zła – jak to ma być? Jak patrzycie na tę fotografię, to też uświadamiacie sobie swoją historyczność; swoje przemijanie i to, że dziennikarstwo to jest takie uczestniczenie w tym waszym codziennym tworzeniu się życia i tworzeniu się świata na waszych oczach. Na razie tego nie widzicie, na razie nie macie świadomości, że pewne rzeczy są historycznie ważne – one są waszym tłem, jakieś tam wydarzenia się dzieją, ale z pewnej perspektywy będziecie widzieli, że, po pierwsze, ten wasz czas nie jest jakiś szczególny. Wy nie jesteście jacyś szczególni. Jesteście, w takiej historii pokoleń, jakimś kolejnym pokoleniem. Jako ludzie poszczególni, jako jednostki – nie jesteście statystką, tylko wrażliwością. Ale narzędzia takie właśnie jak ten Google, jak te urządzenia, które są, to traktują was jako statystykę. Tylko tak was widzą. Jako pewną prawidłowość, jak często ona występuje i tak dalej. Emocje też się wykorzystuje. Pod wpływem emocji klikanie na coś – to jest statystyka, prawda? Emocję można przełożyć na statystykę. Wykorzystać po to, żeby jakaś reklama nam się pokazywała. Albo żeby określona strona była właśnie tak sprofilowana. 
Odciski waszych dusz już w sieci istnieją i część mówi, że sieć jest anonimowa, że nikt nic nie wie – sieć więcej wie na wasz temat od was samych. 
Wie o rzeczach, o których nie pamiętacie, nie będziecie pamiętali – co piliście, którego dnia, w którym momencie wyszliście, kiedy zamknęliście drzwi – tak ten świat będzie wyglądał. Każdy gest, każdy czyn, każde poruszenie się będzie rejestrowane. To w tą stronę zmierza. Jest taka książka…

Profesor pokazuje mi książkę o czarnej okładce. Białe litery tworzą tytuł „Nowy wspaniały żołnierz” i nazwisko autora: Łukasz Kamieński.

Mówi właśnie o czymś, co się już dzisiaj dzieje – z tym znakowaniem, czipowaniem ludzi, tworzeniem robotyki, cyborgów – to są rzeczy istniejące. Funkcjonujące. To się wszystko na naszych oczach dzieje. Ja jestem z takiego pokolenia, które na swój sposób cieszy się, że do końca nie będę żył w tym świecie, którego zarysy już są widoczne, ale to jest fascynujące przed redaktorem – przed wami. Nie wiem, jak człowiek się w tym znajdzie, ale mam nadzieję, że to będzie kolejna wielka przygoda ludzkości. Ale niebezpieczeństwa są ogromne.

Czy w tym świecie cyfrowej prawidłowości jest jakaś gotowa recepta na zachowanie tej wrażliwości dziecka? 

Jest. Jest. Na przykład… Plastyczne doznanie podmuchu wiatru. Na razie i długo jeszcze tego się nie da rady sztucznie wykreować – to jest tak złożone. Rzeczywistość jest tak na razie złożona… w jakieś perspektywie to się osiągnie, ale równoczesność tych wszystkich rzeczy? Mamy niby-zmysły, ale przecież my to równocześnie odbieramy. Wszystko. W tej chwili odbiera pani wszystko, czyli zmienność tego światła, zmienność temperatury, dotyk powietrza na włosach, dotykanie skóry, głosy, które są wszędzie – rozchodzą się. Wydaje się, że ich nie słyszymy, a jak się skupiamy, to one są. Jak to się wszystko razem poskłada, to… No, niech pani siądzie sobie na ławeczce, przymknie oczy i spróbuje wyraźnie wyczuć chwilę, w której pani jest. I nie, nie chodzi mi o tam buddyjskie te zasady takiej nirwany, ale wyczuć swoją duchowość w tym wszystkim. Pulsowanie krwi. Zapachy wszystkie. Ile tych zapachów jest! Zaczniemy je różnicować i odkrywać i później mówić „ku-wa, z czego to jest, z jakiego kwiatu, a tu jest fabryka, a tu jest samochód, a tu jest tamten samochód, a tu gdzieś słyszę szum tego samochodu, a tam tamtego…! Jak pani zobaczy, jaki ten świat jest ubogacony i to jest jedna sekunda, dwie sekundy, trzy sekundy i każda z tych sekund jest taka… To można w sobie, co pewien czas, robić dystans. Wymyślono taką formułę, na przykład, ciszy. Nawet się mówi „odciąć się od wszystkiego”. Czyli, na przykład, wyłączyć telefony czy coś. 
Ale, rzeczywiście, wejść w stan ciszy, aby odkryć, jaka cisza jest dźwięczna. Ona dźwięczy, prawda? I jak się na chwilę od tego wszystkiego oderwiemy, to zobaczymy jakie w nas jest bogactwo. 
Co się u nas dzieje, co, co się dzieje w nas. Jaka nasza dusza jest bogata. Jaki jest stan tej maszyny duchowości. Gdzie jesteśmy. Tutaj… - czy to jest krok do tyłu, do przodu? Gdzie jest nasze sumienie, w którym miejscu? Dzisiaj próbuje się nasze sumienie zakrzyczeć, żebyśmy często podejmowali decyzje przeciwko sobie i przeciwko innym. Bo nie mamy czasu na to, żeby sumienie usłyszeć. Jak się zawrzeszczy to raptem widzimy, że rzeczy, które mówimy… to są złe rzeczy. „Zrobiłem coś złego”. „Skrzywdziłem kogoś”. Po co? Bo ja tego nie zauważyłem. Wywarto na mnie presję.

Zbliża się Dzień Dziecka, zaś czwartego czerwca obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Dzieci Będących Ofiarami Agresji. Czy uważa pan, że te, poniekąd, święta są potrzebne?

Ja myślę, że najistotniejsze, co się dzieje z człowiekiem to to, że przestaje rozumieć dziecko w sobie. Dzień Dziecka to jest coś takiego, że to nie tylko przypomina nam tę taką dziwną historię, że bywa tak, że my jesteśmy jednocześnie dzieckiem, jesteśmy rodzicem, obserwujemy siebie z różnych stron. Jestem z wnukiem – aha, jestem dziadkiem, ale jestem z mamą – jestem synem. Jestem równocześnie tym i nie tym. Ciągle te same wybory. Jaki ja byłem jako dziecko? To pytanie do mamy. Jakich błędów nie chciałbym popełniać? To próbuję przekazywać swoim dzieciom. Ale wiem też, że – po sobie, po swojej mamie – że to jest takie fascynujące w małym dziecku – to, że popełnia błędy. Że się nie boi popełniać błędów. Ba, że nie ma innej drogi. Że jest pełne radości i ufności, że jest power w tym dziecku. Energia. Że rzeczy, które dla nas wydają się oczywiste, wywołują zdziwienie. 
Dziecko nam przypomina, że wcale ten świat nie jest taki oczywisty. 
A dzieci pokrzywdzone? Dzieci, które są krzywdzone… Sami wszyscy siebie krzywdzimy. Sami, bezpośrednio. Właśnie chociażby przez to, że zabijamy w sobie dzieci. Dzieci, czyli taką wrażliwość. Dziecko uczy się od nas. Tak jak z tym rysowaniem – dziecko rysuje, nam się to bardzo podoba, ale tępimy to. Mówimy: masz rysować tak, jak nam się wydaje, że powinno się rysować i uczymy go dorosłego rysowania. Jesteśmy dumni, jak dziecko rysuje jak dorosły. A przecież to nie o to chodzi. Dziecko ma patrzeć na świat po swojemu. I dzieci nas uczą z jednej strony odpowiedzialności za ten świat – że jednak pewne rzeczy powinniśmy robić ze świadomością tego, że to one będą ponosić za to pewne skutki – ale z drugiej strony uczą nas niezwykłości kreatywności, czyli takiego braku schematu. Tam nie ma, że to nie wolno, że to jest głupie, że tak nie należy. Nie wstydzą się. Prędzej przyznają się do czegoś. Ktoś tam powie „tylko nie mów, że zrobiłeś to czy tamto” albo że mamusia mówi „tylko pamiętaj, nikomu o tym nie mów”. „Mamusia powiedziała, żeby nikomu o tym nie mówić”. Dziecko bardzo, bardzo powoli uczy się od nas, obserwuje nas i przejmuje od nas to, co my byśmy chcieli, żeby nie przyjmowało. Dzień Dziecka? Kto jest tutaj dawcą, a kto biorcą? Mnie się wydaje, że to jest taki dzień, kiedy jest co rok szansa, że my, od tych dzieci, coś dostaniemy za darmo. Radość. Szczęście. Przypomnimy sobie, że życie to jest szczęście, radość – że cieszą małe rzeczy, że kiedyś cieszył nas fragment jakiegoś dziwnego kamienia i nosiliśmy to jako skarb. Czasami niepotrzebne jest coś cholernie bardzo bogatego, pierścionek z platyny czy ze złota i tak dalej, żeby wyrazić drugiej osobie coś szczególnego. 
Dzieci są szczęśliwe rzeczami małymi, a dla nas nawet wielkie są za małe, żebyśmy byli szczęśliwi.

Mówiliśmy o tym, że odnalezienie tego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne, ale czy możemy postawić znak równości pomiędzy tym, jak już je odnajdziemy, to odnajdziemy spokój ducha?


Eee tam, czy tam spokój ducha? Oglądałem film, którego mottem było coś takiego. Bardzo dobry film. Hinduski, nakręcony o duchownym. Mnich przechodzi wtajemniczenie. Jest mnichem. W którymś momencie poznaje dziewczynę – zakochuje się. Tworzą wspaniałe małżeństwo, rodzi im się dziecko. W którymś momencie on ją zdradza. I odchodzi, wraca jako duchowny. 
Łatwiej jest być duchownym, łatwiej szukać drogi jako święty, niż być świętym w życiu codziennym. Trudniej jest wyświęcić dzień codzienny. 
Trudniej jest zmierzyć się z dniem codziennym i odkrywać w tym dniu codziennym właśnie to, co można niby odkryć wtedy, kiedy się medytuje i szuka się tego spokoju ducha. Nie trzeba szukać spokoju ducha, tylko trzeba szukać harmonii, czyli takiego wewnętrznego przekonania, że staramy się nie tracić tych chwil, zagospodarować te chwile i jeśli jest takie uczucie, że jesteśmy blisko tego codziennego życia, nawet jeśli to jest życie totalnie prymitywne, nudne i głupie dla wielu – nietelewizyjne, nie będzie tak, że będziemy superbohaterami – ale w takim codziennym życiu nie stracimy siebie, nie wybijemy się z tego, nie będziemy obcy, nasze życie codzienne nie będzie nam obce, no to jesteśmy… Szczęście przychodzi. Ja byłem szczęśliwy – nie wiem dlaczego, ale byłem, bez powodu. Szczęście nie jest wcale związane z tym, że trzeba coś konkretnego zrealizować. Ono spada na człowieka tu i teraz. I odchodzi. I ani nie możesz go zatrzymać, ani nie możesz go przywołać. Ale jest w codziennym życiu. Stoję na mostku. Niczym nie różniąca się sytuacja, historia, które mi się już zdarzały. Przechodziłem przez ten mostek setki, tysiące razy. Jestem na tym mostku i doznaję szczęścia. Ale takiej kosmicznej pełni szczęścia. Po chwili mija. I ja wiem, że gdzieś ono jest. Na mojej drodze. Może będzie za chwilę, jak będę strugał ziemniaki, jak będę pił herbatę – nie wiem. Ale tak to szczęście przychodzi. To nie jest tak, że ktoś tam myśli „ku-wa, ma najpiękniejszą kobietę, wygrał wszystkie teleturnieje i tak dalej, jest szczęśliwy”. Trochę inaczej to wygląda. Można wcale nie wygrać w żadnych zawodach, można być na ostatnim miejscu i doznać szczęścia. 
I na tym to polega.

21:08

Jestem Kanczendzongą

Jestem Kanczendzongą



Piętnasty maja 2016 roku, godzina 8:30. Wagon 11, miejsce 45, pociąg z Białegostoku do Wrocławia. Stacja pośrednia: Toruń.

Zwykle nie noszę plecaków. Właściwie… nigdy tego nie robię. Wolę torby przez ramię, które stały się jednym z moich znaków rozpoznawczych. Tym razem, dla wygody podróży, zdecydowałam się jednak na ten pstrokaty plecak, którego teraz zdejmuję i układam na podłodze. W tym samym momencie do przedziału wchodzi kobieta w średnim wieku i z uśmiechem determinującym całą jej postać. Kiedy na nią spoglądam, ów uśmiech przeistacza się w byt o wiele większym znaczeniu niż cała sylwetka. Przerasta ją, wypełnia pomieszczenie i zwęża małe oczy, które z sympatią akceptują moje przywitanie.

- Jak dobrze, że pani ze mną jedzie, będę miała towarzystwo – chodzący uśmiech rozszerza się i usadawia wygodnie na miejscu naprzeciwko mnie. – Dokąd pani jedzie?

- Do Torunia.

- Och, studiuje tam pani?! Ja też studiowałam w Toruniu, piękne czasy. Prawo, tak... Mam nadzieję, że mieszka pani w akademiku. Nie rozumiem, dlaczego młodzi dzisiaj wolą wynajmować mieszkania. Nie wiedzą, ile przygód tracą. Ale u Rydzyka pani studiuje?!

- Nie, na UMK. Dziennikarstwo.

- Och, dzięki Bogu. Wie pani, byłam dzisiaj w kościele, na szóstą rano, ale podczas kazania miałam ochotę z niego wyjść. Jakiś facet naprawdę to zrobił, haha. Bo pani, pani mi powie, czy to rola księdza, żeby mówić, że PO to organizacja przestępcza? Że Rydzyk to święty?

Drzwi przedziału rozchylają się. Do środka wchodzi kolejna postać, rzuca głośne „dzień dobry” i patrzy się badawczo na moją rozmówczynię.

- Nie poznaje mnie pani, prawda?

Uśmiech nieco blednie, ale po chwili rozkwita na nowo, kiedy w małych oczach pojawia się rozpoznanie.

- Ach, to pani! Na dworcu przecież rozmawiałyśmy. Ale pani miała jechać rano. Zaspała pani, tak?

- Nie, wujka nie chciałam budzić – wczoraj miał ciężki dzień w pracy. Ale chwilka… Miejsce 45 jest moje, na pewno. Mogłaby pani pokazać mi swój bilet?

Dopiero po pewnej chwili orientuję się, że nowa bohaterka tej opowieści zwraca się już do mnie. Sięgam po portfel, wyciągam zmiętą kartkę papieru... I w tej chwili czuję przypływ paniki, z tego rodzaju niespodziewanych i oblewających czerwienią uświadomień, które przyspieszają rytm serca i boleśnie skręcają żołądek.

- Mamy to same miejsce… Ale popełniłam błąd. – Mówię, nerwowo pocierając dolną wargę.

- Co się stało?

- To bilet na jutro.

Szybko zakładam kurtkę, biorę pstrokaty plecak w rękę i gnam na zewnątrz. Do odjazdu zostało dziesięć minut. Wyrozumiała pani konduktor, która stoi przy drzwiach, obiecuje, że zaczeka. Później już tylko zniecierpliwienie związane ze staniem w kolejce, która zdaje się poruszać w spowolnionym tempie i kontynuacja biegu w drugą stronę.

Miejsce: 25.

Siadam, oddychając ciężko. Mogłabym powiedzieć, że mam słabą kondycję, szczególnie w sytuacjach stresu, ale prawdziwszym byłoby stwierdzenie, że moja kondycja po prostu nie istnieje. W takim stanie zastaje mnie uśmiechnięta pani, która zauważa mnie przypadkiem, kiedy zmierza do łazienki.

- Dlaczego pani do nas nie zajrzała?! Martwiłyśmy się bardzo, że pani nie zdąży. Proszę przyjść do nas, niech pani tutaj nie siedzi sama, w towarzystwie zawsze milej. Zapraszamy.

W taki sposób poznaję dwie kobiety, starsze ode mnie o co najmniej trzydzieści lat, obydwie jadące do Olsztyna. Po swojej prawej mam uśmiechniętą panią, a teraz naprzeciwko niej siedzi po turecku, boso, jej stara-nowa znajoma.

- To porażające, w jaki sposób ludzie niszczą Matkę Ziemię. Wiecie panie, że na równiku obecnie temperatura podwyższyła się o siedem stopni Celsjusza?

Unoszę brwi w zaciekawieniu, próbując tym samym okazać wsparcie dla kontynuacji monologu. Nagle dociera do mnie, jak bardzo uwielbiam podróże pociągiem. Przede mną sześć godzin jazdy i czuję radosną ekscytację na myśl, że spędzę połowę tej drogi z tak ciekawymi postaciami. Tymczasem ta mniej uśmiechnięta osoba przejmuje główną rolę w prowadzonej konwersacji.

Okazuje się, że trenuje jogę, od dwudziestu lat jest pielęgniarką, z czego dwanaście spędziła na studiowaniu. Wierzy w potęgę ziołolecznictwa i w to, że każdy lek jest trucizną, dlatego nie połknęła ani jednej tabletki od pięciu lat. To wszystko przez ten cholerny aspartam, jest wszędzie, dlatego musi uważać na każdą rzecz, którą spożywa.

- CUD. Ciało, Umysł, Dusza. Wszystko jest ze sobą połączone. I to wszystko jest banalnie proste. Rozum jednak trzeba wyłączyć. To rozum nas wszystkich ogłupia i powstrzymuje przed tym, co słuszne dla serca. – Poprawia okulary z fioletowymi oprawkami, które zsuwają się jej lekko z nosa. Za szybą mijamy pola, łąki i lasy, na bladoniebieskim niebie wirują białe obłoki. Scena nieco filmowa, nierealna, momentami absurdalna, ale piękna: inni ludzie to wyprawy z największą ilością przygód. – Bo to słowa, to słowa są największym brudem jakie wydziela drugi człowiek.

- W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy energią. Zdają sobie panie sprawę, że tylko dwie dziesiąte procenta stanowi materia w atomie? Dlatego hindusi twierdzą, że wszystko jest iluzją. Gdyby jądro atomu było wielkości szpilki, reszta – energia – stanowiłaby sto dwadzieścia centymetrów kwadratowych. To energia. Jest wszędzie.

Wyłączam się. Pomimo pewnego szaleństwa, które tkwi w słowach tej tajemniczej postaci, ma ona wiele racji. Za oknem ciemnieje. Zapewne niedługo zacznie padać deszcz, drobne krople pokryją pędzącą szybę pociągu. Póki co promienie Słońca przebijają się jeszcze poprzez chmury, wpadają do przedziału…

- Och, zobaczcie, lisek wygrzewa się na słońcu!

To zabawne, jak wiele symboli wciąż powtarza się na kolejnych etapach mojego życia. Może rzeczywiście wszystko jest ze sobą połączone i dopiero po jakimś czasie jesteśmy w stanie dostrzec w tym wszystkim pewną mozaikę. Przypomina mi się moja własna teoria o sensie istnienia. Żadna energia nie ginie ani nie powstaje we wszechświecie, co oznacza, że stanowimy sumę energii różnych elementów. Spotykają się one i tworzą nowe byty, które jednocześnie są połączeniem tego, co już kiedyś istniało. Mogę zawierać w sobie historię kamienia, zieleń trawy, tchnienie wyjącego wilka i upór kota czy… uśmiech Charlesa Evansa.

Piątego grudnia 1995 roku zmarł himalaista nazwiskiem Charles Evans. Tego samego dnia narodziła się również studentka dziennikarstwa, Karolina Błońska.

Pewnego dnia, przy zgaszonych światłach, spowodowanych brakiem prądu przez szalejącą na zewnątrz burzę, rozmawiałam ze swoimi rodzicami o reinkarnacji. Popularna była wtedy internetowa zabawa w sprawdzanie, kto umarł w dniu twoich narodzin – oznaczało to, że w poprzednim życiu byłeś tą właśnie osobą. Przeglądarka szybko znalazła moje „wcześniejsze wcielenie” i zapoznała mnie z historią mężczyzny, który zdobył Kanczendzongę.

Jest to szczyt zajmujący trzecie miejsce na Ziemi, jeżeli chodzi o wysokość, a drugie w Himalajach. Tak zwany – ośmiotysięcznik. Znajduje się na granicy Indii i Nepalu. To kilkuwierzchołkowy masyw, rozczłonkowany dolinami, którymi w różne strony spływają lodowce.

Kangchenjunga – kang oznacza śnieg, chien – wielki, dzod – skarbnica, nga – pięć, od pięciu szczytów tej góry, czyli: Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem. Wierzchołek góry jest uznawany za święty.

W 1955 roku szef brytyjskiej wyprawy, Charles Evans, wyruszył wraz ze swoją ekipą na zdobycie Kanczendzongi. Sam nie dotarł do jej szczytu, lecz czwórka z jego załogi dokonała tego czynu. Dlaczego? Znalezione przeze mnie źródła nie podają przyczyny tego zjawiska. Może taki był pierwotny zamysł himalaistów; może tak chcieli okazać swój szacunek tubylcom, dla których góra stanowiła świętość. A może był to dla nich jedynie punkt do zdobycia, punkt trudny i wymagający poświęceń, których ciężaru nie każdy był w stanie podźwignąć. Kanczendzonga była dla nich miejscem niezwykłym, ale nie mistycznym. Dlatego część z nich odcisnęła swoje obuwie na jej szczycie.

Wcześniej, w 1953, sytuacja wyglądała podobnie, wtedy jednak Evans chciał zdobyć Mont Everest. Był zmuszony zawrócić, lecz jego kompani dotarli na samą górę.

Ten pół-zdobywca miał prawdopodobnie ten sam kompleks superbohatera, który krąży w moich żyłach. Sam fakt, że później zajął się wykładaniem na uniwersytecie, o czym ja również marzę, udowadnia tę teorię. Ponadto, zanim zaczął karierę himalaisty, skończył medycynę i wstąpił do wojska jako medyk.

W końcu nadszedł piąty grudnia 1995. Charles Evans, w wieku 77 lat, zmarł. I choć nawet ja przyjmuję reinkarnację z pewnym przymrużeniem oka, to myśl o tym, że jakiś odłamek tej kolorowej postaci może tkwić w jakiejś cząstce mojej energii, nie jest zła. A może jest we mnie tchnienie tej góry, Pięciu Skarbów pod Wielkim Śniegiem, trzeciego szczytu na świecie. Może jestem Kanczendzongą, świętą dla tubylców, tajemniczą dla zdobywców, zniechęcającą dla niewytrwałych. A może to przede mną stoi góra, którą boję się naznaczyć i wciąż jedynie wysyłam pośredników.


Dojeżdżam do Torunia.

Źródła: [1] [2]
Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger