Wstaję.
- Dziękuję za rozmowę,
panie profesorze.
Twarz profesora zdradza
to, że już odbiegł myślami od sytuacji, w której przed chwilą się jeszcze
znajdował. Otwiera książkę leżącą na biurku i pokazuje mi fotografię.
- Kiedyś na zajęciach
mówiłem wam o zdjęciu pomieszczenia po wybuchu, które zrobił mój kumpel. To
właśnie ono.
W źle oświetlonym
wnętrzu unosi się pył. Blade twarze jaśnieją w ciemności, żywe, ale zastygłe i
białe.
- Straszne.
- Dlaczego? To już po
wybuchu.
- Czasem wystarczą
tylko twarze.
Profesor patrzy na mnie
i uśmiecha się kątem ust.
- To już jest historia.
Zapada cisza.
Zastanawiam się, czy powinnam już wyjść. W końcu profesor podaje mi rękę na
pożegnanie, którą ściskam niezręcznie.
- Jest pani bardzo
utalentowana. Nie, niech mi pani nie dziękuje za swój talent. Niech pani go
wykorzysta.
- Zrobię, co w mojej
mocy.
- To zbyt duże słowa. –
Wzdycha. – Jeżeli ma pani prawdziwy talent… to nie ma zbiegów okoliczności. Ma
pani predyspozycje do Nowego Dziennikarstwa bardziej niż do klasycznego. Do
widzenia.
Profesor Piotr
Grochmalski to dziennikarz, były korespondent wojenny i wykładowca. Przez
cztery semestry moich studiów uczył mnie trzech przedmiotów. Na pierwszym roku
była to historia mediów, czyli zajęcia, w trakcie których zorganizował nam
Wigilię, na której życzył mi w przyszłości wielu przyjaciół kosmitów i
zdradził, że prawda jest symfoniczna: jest jak koncert orkiestry, w trakcie
którego jeden z muzyków fałszuje i mimo że wszyscy pozostali grają prawidłowo,
wciąż da się go usłyszeć; później była technika pracy reportera, na której moją
pracę o „Człowieku-Porażce”, czyli esej o pokręconym szczęściu,
skomentował słowami „pech to tylko inna nazwa przygody”. Aż w końcu
dziennikarskie źródła informacji, na których na pożegnanie zawsze przybijamy
sobie piątki.
W poniedziałek, 30 maja
2016 roku, spotkałam się z profesorem, aby przeprowadzić z nim krótki wywiad. Z
krótkiego wywiadu powstało ponad pięć stron tekstu. Gdyby jednak nie był on
warty lektury, nie publikowałabym go tutaj. Dlatego serdecznie zapraszam do
zapoznania się z poniższym materiałem.
Dobrze, to zaczniemy
dosyć klasycznie, czyli: jaka ścieżka zaprowadziła pana z powrotem na ten
uniwersytet?
Dzisiaj wiem, że nie ma
przypadków. Jaka ścieżka zaprowadziła mnie z powrotem na ten uniwersytet… W
jakimś tam stopniu chęć wyrwania się z zawodu, który zbyt bardzo wciągał mnie i
podejrzewam, że odbierał mi taki zdrowy dystans, świadomość tego, że trzeba
uważnie przyglądać się każdej rzeczy i że ten porządek normalny, codzienny,
jest kluczowy dla naszego życia; dlatego, żebyśmy się umieli mądrze się
przewijać przez to swoje życie, żebyśmy się uczyli wagi codziennego czynu, a
nie takiego ekstremalnego. Wojna jest stanem szczególnym. Mi się wojna, w
którymś momencie, zaczęła… czułem asymetryczność. Tam się czułem upojony. Tu
wracałem i przytłaczała mnie banalność życia. Przytłaczało mnie to, że, że nie
rozumiałem jak można żyć takimi, takimi duperelami. A w istocie to te duperele
są istotą szczęścia człowieka.
Wojna jest stanem niebezpiecznego upojenia krwią
i jak człowiek zaczyna się czuć dobrze w stanie ekstremalnego zagrożenia to coś
tu jest duchowo nie tak – to nie rozwija duchowo, tylko hamuje.
Nauka była takim
sposobem miłości do myślenia, do duchowości, tutaj formowała się od podstaw
politologia… No i postanowiłem – pójść w świat, który był światem książek.
Czytania. Dziennikarstwo, to… Ja dużo czytałem jako dziennikarz, ale jednak
radykalnie mniej, kiedy zacząłem pracować na uczelni.
Łapie się pan czasem na
tym, że uczy pan czy przekazuje pan studentom swoją wiedzę poprzez pryzmat tych
wojennych doświadczeń?
Przez pryzmat swojego
doświadczenia.
Po prostu?
Problem polega na tym –
mój syn to często mówi – tata, ty mówisz książkami. I jak mi to mówi to
rzeczywiście myślę: masz rację, synu, bo jest… Co jest na pierwszym miejscu?
Żywy student. Relacja pomiędzy mną, a
nim. Świadomość, że ja nie wiem i on nie wie. Ani on nie wie, ani ja nie wiem,
ale wspólnie próbujemy czegoś szukać. Moje pragnienie obudzenia w nim tego
głębokiego głodu i wiedzy, a nie dotyczących tylko wiedzy książkowej, tylko dotyczących
takiej jego wiedzy o jego życiu, o nim samym. Bo… To jest naprawdę wielka
przygoda – życie. Studia mogą trochę przechylić szalę, środowisko naukowe, na
przecenianie wagi wiedzy sformatowanej, tej wiedzy poważnej… Ciężar książek
przytłacza – czasami. I ze studentem to jest cały czas taka sytuacja, że ja
wracam, odwracam się, patrzę się na siebie z perspektywy siebie jako studenta i
co odkrywam – zupełne nieprzystawanie uczelni i siebie do tego, czym w istocie
powinna być uczelnia, czyli jakieś takie miejsce radości z tego, że się gdzieś
coś próbuje poznawać, a nie tworzenia takiej administracyjnej instytucji, która
wiąże się z pewnymi restrykcjami, ograniczeniami, wiąże się z pewnymi
schematami. Uczy się schematów świata, który odchodzi.
Uczelnia uczy świata,
którego już nie ma. Wcale nas nie uczula, nie uwrażliwia, nie odkrywa – nas ani
świata. Uczy nas historii.
Archeologii. Świat, którego dotykamy, ludzie,
których spotykamy to są ludzie zupełnie… Oni są z realu. Oni są tutaj. Tu się
buduje nasze życie. A uczelnia jakby próbuje nas wtłoczyć w schematy, które już
nie działają, które już nie funkcjonują. Ten świat jest już jakby niepotrzebny
i trochę wy nie macie odwagi, świadomości, że to co wy macie ze sobą, co
niesiecie, to jest klucz. Wy macie być tymi osobami, które go chronią i które na nas
wymuszają też to, żebyśmy się czegoś uczyli, żebyśmy się rozwijali duchowo, bo
uczony też musi się duchowo rozwijać. Ciągle musi być dzieckiem. Ciągle musi
dawać przykład tego, że jest jakaś tajemnica, jest pragnienie zrozumienia:
po
co ja, ku-wa, jestem na tym świecie; po co ty jesteś?
I jak się jest w tym
świecie, który dotyczy mediów, dziennikarzy to na pierwszym miejscu jest próba
rozbudzenia fascynacji drugą osobą. Niekoniecznie mną, ale drugą osobą, czyli
innym studentem, człowiekiem spotkanym na ulicy, przebiciem się przez
znudzenie, które jest narzucane jako norma i buduje się przeświadczenie, że tak
należy studiować, że studia to ma być coś nudnego, że życie to jest coś
nudnego, że pokolenie jest stracone, że nie ma żadnej perspektywy.
Musimy dbać o to
wewnętrzne dziecko, żeby czerpać radość ze studiowania?
Z każdej chwili. Studia
są elementem waszego życia. Ile tu spędzacie czasu? Później będzie inne życie,
inne wydarzenia.
Dzisiaj jest tak, że ogrom najcenniejszego czasu jest tracony
na to, żeby was sformatować według oczekiwań społeczeństwa, które już jest
przeszłością.
Ale tyle lat trzeba, żeby wejść w ten świat. Ten świat jest coraz
bardziej złożony, ale coraz mniej daje nam wolności takiej duchowej kreacji i uczy
nas coraz mniej odpowiedzialności. Za nas los. Za, konkretnie, moje życie. Za
moje decyzje. Chowamy się. Mówimy, że ten świat jest, no, taki, taki… na
odległość. Poprzez telefon… Siedzicie na zajęciach i macie już te nawyki, które
wszyscy zaczynamy mieć. Patrzycie na pustą informację. Obracacie się w świecie,
a obok was ktoś siedzi, patrzy się na was, a wy tego wzroku nie czujecie.
Kiedyś ludzie czuli wzrok. „Co ty tak na mnie patrzysz?”. Można na kogoś
patrzeć i ten ktoś nie czuje wzroku. Wzrok to jest patrzenie, to są fotony, to
jest nacisk, to jest psychika. Drugą osobę trzeba czuć, a lepiej się patrzy i
ogląda te najnowsze informacje, które nic nie wnoszą. Bo co mi z tego, że ja
się dowiem, że na przykład lodówka w Japonii kosztuje, tam nie wiem, tysiąc
jenów – co mi z tego? Natomiast życie cenne jest dlatego, że każde jabłko,
które zjemy sami, jest bezcenną wartością. Tysiąc jabłek, które będziemy
widzieli, jak ktoś je na ekranie – te wirtualne jabłka – nie uczą nas realności
życia. A życie się odbywa w realu. I każdy fakt, każde wydarzenie naszego
życia, ma skutki. Każde. I po latach się okazuje, że te skutki dopiero widoczne
są z ogromnej perspektywy i jak się nie uczymy podczas – nikt nas tego nie uczy
– jak ważne jest, aby być w każdej chwili. Znaczy, żeby, żeby żyć tak, aby nie
przespać; żeby się nie dać wcisnąć w takie schematy, które są przygotowane, w
które bardzo łatwo wejść, ale zatracamy, przestajemy siebie słuchać,
przestajemy siebie widzieć, przestajemy widzieć przez siebie innych ludzi i wydaje
nam się, że dużo wygramy, a tam jakiś głupek coś gada – przesypiam, bo to jest
nudne. To nie jest nudne, tylko ja w tym czasie przesypiam fragment swojego
życia. I tyle. Przecież ja mogę zrezygnować, ja mogę nie przyjść, mogę zmienić
studia, mogę to zrobić tak, aby być aktywnym. Jeśli mi się coś nie podoba, to
ja to powinienem mówić. A nie przyzwyczajać się do tego, że ja oszukuję siebie
i innych. Udaję, że jest wszystko w porządku, że tak jest fajnie, że mnie nie
ma. Kto ma być?
Nawiązując do tego wzroku,
o którym pan mówił, że już go nie odczuwamy i do naszych tegorocznych zajęć,
jakie są dziennikarskie źródła informacji, to czy właśnie dlatego kazał nam pan
robić zdjęcia swoim aparatem – żebyśmy dostrzegli, że jesteśmy obserwowani?
To jest taki świat.
Wy
wchodzicie w świat, na który w ogóle nie jesteście przygotowani. Ten świat,
którego ja nie rozumiem, ale już widzę pewne jego elementy i świat, przy którym
Orwell to to było małe piwo.
Wy nie jesteście tylko obserwowani. Wchodzicie w
epokę totalnej inwigilacji i obserwacji. Zbieranie informacji i posiadanie o
was informacji takich, które są statystycznym obrazem was. Jakby taką historią
waszego życia i zbierane informacje będą więcej o was mówiły niż wy sami o
sobie wiecie. Fotografia – co mówi? Pokazuje, że wy nie pamiętacie wszystkich
tych rzeczy. No, nie pamięta pani, że kolega miał takie buty, że miał takie skarpetki,
że spojrzał na koleżankę? I w tym spojrzeniu jest wszystko. Zobaczyła pani, że
dotknął - albo ona dotknęła? Nie
zauważyła pani tego. Nie może pani tego zobaczyć. Także, życie jest tak nabite.
Naprawdę, tysiące informacji, które się tam działy… I żyjecie w takim głębokim
przekonaniu – ja żyję w takim głębokim przekonaniu – że wszystko jest w
porządku, ja wszystko widzę. Nie, ja bardzo niewiele widzę. Ale można w sobie
rozbudzać wrażliwość i bronić się przed tym, żeby nie wkręcić się w ten świat,
który staje się światem totalnej pragmatyki. Wszystkie urządzenia, które was
otaczają i które będą dominowały, one są na formule aksjomatów matematycznych,
pragmatycznych. Musi się to zgadzać, sprawdzać. Prosty rachunek. Zamienia się
coś na coś. Jeden wzór na drugi. Według pewnej określonej funkcji. Pragmatyzm.
W tym świecie obowiązuje pragmatyzm i ten świat, który się przed wami otwiera
będzie światem totalnej pragmatyki. Bo taki jest świat tych urządzeń. One są
wszystkie oparte o zasady pragmatyzmu. Nie ma tam miłości, nie ma tam wzruszeń
– jest pragmatyzm, wszystko działa w ten sposób.
Jak wy się odnajdziecie w tym
świecie – to jest zagadka. Jak się znajdzie poezja? Jak się znajdzie ten sposób
kreacji międzyludzkich – w jaki sposób dziennikarze mają ten świat poznawać,
jak bronić to, co jest najcenniejsze w człowieku?
Jak nie utracić tego, co nie
mieści się w tym modelu pragmatycznym, a go tam nie ma? Komputery nie mają w
ogóle aksjologii. Wartości nie istnieją tam. Tam nie ma miłości, nie ma dobra, nie
ma zła – jak to ma być? Jak patrzycie na tę
fotografię, to też uświadamiacie sobie swoją historyczność; swoje przemijanie i
to, że dziennikarstwo to jest takie uczestniczenie w tym waszym codziennym
tworzeniu się życia i tworzeniu się świata na waszych oczach. Na razie tego nie
widzicie, na razie nie macie świadomości, że pewne rzeczy są historycznie ważne
– one są waszym tłem, jakieś tam wydarzenia się dzieją, ale z pewnej
perspektywy będziecie widzieli, że, po pierwsze, ten wasz czas nie jest jakiś
szczególny. Wy nie jesteście jacyś szczególni. Jesteście, w takiej historii
pokoleń, jakimś kolejnym pokoleniem. Jako ludzie poszczególni, jako jednostki –
nie jesteście statystką, tylko wrażliwością. Ale narzędzia takie właśnie jak
ten Google, jak te urządzenia, które są, to traktują was jako statystykę. Tylko
tak was widzą. Jako pewną prawidłowość, jak często ona występuje i tak dalej.
Emocje też się wykorzystuje. Pod wpływem emocji klikanie na coś – to jest
statystyka, prawda? Emocję można przełożyć na statystykę. Wykorzystać po to,
żeby jakaś reklama nam się pokazywała. Albo żeby określona strona była właśnie
tak sprofilowana.
Odciski waszych dusz już w sieci istnieją i część mówi, że
sieć jest anonimowa, że nikt nic nie wie – sieć więcej wie na wasz temat od was
samych.
Wie o rzeczach, o których nie pamiętacie, nie będziecie pamiętali – co
piliście, którego dnia, w którym momencie wyszliście, kiedy zamknęliście drzwi
– tak ten świat będzie wyglądał. Każdy gest, każdy czyn, każde poruszenie się
będzie rejestrowane. To w tą stronę zmierza. Jest taka książka…
Profesor pokazuje mi
książkę o czarnej okładce. Białe litery tworzą tytuł „Nowy wspaniały żołnierz”
i nazwisko autora: Łukasz Kamieński.
Mówi właśnie o
czymś, co się już dzisiaj dzieje – z tym znakowaniem, czipowaniem ludzi,
tworzeniem robotyki, cyborgów – to są rzeczy istniejące. Funkcjonujące. To się
wszystko na naszych oczach dzieje. Ja jestem z takiego pokolenia, które na swój
sposób cieszy się, że do końca nie będę żył w tym świecie, którego zarysy już
są widoczne, ale to jest fascynujące przed redaktorem – przed wami. Nie wiem,
jak człowiek się w tym znajdzie, ale mam nadzieję, że to będzie kolejna wielka
przygoda ludzkości. Ale niebezpieczeństwa są ogromne.
Czy w tym świecie
cyfrowej prawidłowości jest jakaś gotowa recepta na zachowanie tej wrażliwości
dziecka?
Jest. Jest. Na przykład…
Plastyczne doznanie podmuchu wiatru. Na razie i długo jeszcze tego się nie da
rady sztucznie wykreować – to jest tak złożone. Rzeczywistość jest tak na razie
złożona… w jakieś perspektywie to się osiągnie, ale równoczesność tych
wszystkich rzeczy? Mamy niby-zmysły, ale przecież my to równocześnie odbieramy.
Wszystko. W tej chwili odbiera pani wszystko, czyli zmienność tego światła,
zmienność temperatury, dotyk powietrza na włosach, dotykanie skóry, głosy,
które są wszędzie – rozchodzą się. Wydaje się, że ich nie słyszymy, a jak się
skupiamy, to one są. Jak to się wszystko razem poskłada, to… No, niech pani
siądzie sobie na ławeczce, przymknie oczy i spróbuje wyraźnie wyczuć chwilę, w
której pani jest. I nie, nie chodzi mi o tam buddyjskie te zasady takiej nirwany,
ale wyczuć swoją duchowość w tym wszystkim. Pulsowanie krwi. Zapachy wszystkie.
Ile tych zapachów jest! Zaczniemy je różnicować i odkrywać i później mówić „ku-wa,
z czego to jest, z jakiego kwiatu, a tu jest fabryka, a tu jest samochód, a tu
jest tamten samochód, a tu gdzieś słyszę szum tego samochodu, a tam tamtego…!
Jak pani zobaczy, jaki ten świat jest ubogacony i to jest jedna sekunda, dwie sekundy,
trzy sekundy i każda z tych sekund jest taka… To można w sobie, co pewien czas,
robić dystans. Wymyślono taką formułę, na przykład, ciszy. Nawet się mówi „odciąć
się od wszystkiego”. Czyli, na przykład, wyłączyć telefony czy coś.
Ale,
rzeczywiście, wejść w stan ciszy, aby odkryć, jaka cisza jest dźwięczna. Ona
dźwięczy, prawda? I jak się na chwilę od tego wszystkiego oderwiemy, to
zobaczymy jakie w nas jest bogactwo.
Co się u nas dzieje, co, co się dzieje w
nas. Jaka nasza dusza jest bogata. Jaki jest stan tej maszyny duchowości. Gdzie
jesteśmy. Tutaj… - czy to jest krok do tyłu, do przodu? Gdzie jest nasze
sumienie, w którym miejscu? Dzisiaj próbuje się nasze sumienie zakrzyczeć,
żebyśmy często podejmowali decyzje przeciwko sobie i przeciwko innym. Bo nie
mamy czasu na to, żeby sumienie usłyszeć. Jak się zawrzeszczy to raptem
widzimy, że rzeczy, które mówimy… to są złe rzeczy. „Zrobiłem coś złego”. „Skrzywdziłem
kogoś”. Po co? Bo ja tego nie zauważyłem. Wywarto na mnie presję.
Zbliża się Dzień
Dziecka, zaś czwartego czerwca obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Dzieci
Będących Ofiarami Agresji. Czy uważa pan, że te, poniekąd, święta są potrzebne?
Ja myślę, że
najistotniejsze, co się dzieje z człowiekiem to to, że przestaje rozumieć
dziecko w sobie. Dzień Dziecka to jest coś takiego, że to nie tylko przypomina
nam tę taką dziwną historię, że bywa tak, że my jesteśmy jednocześnie
dzieckiem, jesteśmy rodzicem, obserwujemy siebie z różnych stron. Jestem z
wnukiem – aha, jestem dziadkiem, ale jestem z mamą – jestem synem. Jestem
równocześnie tym i nie tym. Ciągle te same wybory. Jaki ja byłem jako dziecko?
To pytanie do mamy. Jakich błędów nie chciałbym popełniać? To próbuję
przekazywać swoim dzieciom. Ale wiem też, że – po sobie, po swojej mamie – że to
jest takie fascynujące w małym dziecku – to, że popełnia błędy. Że się nie boi
popełniać błędów. Ba, że nie ma innej drogi. Że jest pełne radości i ufności,
że jest power w tym dziecku. Energia. Że rzeczy, które dla nas wydają się
oczywiste, wywołują zdziwienie.
Dziecko nam przypomina, że wcale ten świat nie
jest taki oczywisty.
A dzieci pokrzywdzone? Dzieci, które są krzywdzone… Sami
wszyscy siebie krzywdzimy. Sami, bezpośrednio. Właśnie chociażby przez to, że
zabijamy w sobie dzieci. Dzieci, czyli taką wrażliwość. Dziecko uczy się od
nas. Tak jak z tym rysowaniem – dziecko rysuje, nam się to bardzo podoba, ale
tępimy to. Mówimy: masz rysować tak, jak nam się wydaje, że powinno się rysować
i uczymy go dorosłego rysowania. Jesteśmy dumni, jak dziecko rysuje jak
dorosły. A przecież to nie o to chodzi. Dziecko ma patrzeć na świat po swojemu.
I dzieci nas uczą z jednej strony odpowiedzialności za ten świat – że jednak
pewne rzeczy powinniśmy robić ze świadomością tego, że to one będą ponosić za to pewne
skutki – ale z drugiej strony uczą nas niezwykłości kreatywności, czyli takiego
braku schematu. Tam nie ma, że to nie wolno, że to jest głupie, że tak nie
należy. Nie wstydzą się. Prędzej przyznają się do czegoś. Ktoś tam powie „tylko
nie mów, że zrobiłeś to czy tamto” albo że mamusia mówi „tylko pamiętaj, nikomu
o tym nie mów”. „Mamusia powiedziała, żeby nikomu o tym nie mówić”. Dziecko bardzo,
bardzo powoli uczy się od nas, obserwuje nas i przejmuje od nas to, co my byśmy
chcieli, żeby nie przyjmowało. Dzień Dziecka? Kto jest tutaj dawcą, a kto
biorcą? Mnie się wydaje, że to jest taki dzień, kiedy jest co rok szansa, że
my, od tych dzieci, coś dostaniemy za darmo. Radość. Szczęście. Przypomnimy
sobie, że życie to jest szczęście, radość – że cieszą małe rzeczy, że kiedyś
cieszył nas fragment jakiegoś dziwnego kamienia i nosiliśmy to jako skarb.
Czasami niepotrzebne jest coś cholernie bardzo bogatego, pierścionek z platyny
czy ze złota i tak dalej, żeby wyrazić drugiej osobie coś szczególnego.
Dzieci
są szczęśliwe rzeczami małymi, a dla nas nawet wielkie są za małe, żebyśmy byli
szczęśliwi.
Mówiliśmy o tym, że
odnalezienie tego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne, ale czy możemy
postawić znak równości pomiędzy tym, jak już je odnajdziemy, to odnajdziemy
spokój ducha?
Eee tam, czy tam spokój
ducha? Oglądałem film, którego mottem było coś takiego. Bardzo dobry film.
Hinduski, nakręcony o duchownym. Mnich przechodzi wtajemniczenie. Jest mnichem.
W którymś momencie poznaje dziewczynę – zakochuje się. Tworzą wspaniałe
małżeństwo, rodzi im się dziecko. W którymś momencie on ją zdradza. I odchodzi,
wraca jako duchowny.
Łatwiej jest być duchownym, łatwiej szukać drogi jako
święty, niż być świętym w życiu codziennym. Trudniej jest wyświęcić dzień
codzienny.
Trudniej jest zmierzyć się z dniem codziennym i odkrywać w tym dniu
codziennym właśnie to, co można niby odkryć wtedy, kiedy się medytuje i szuka
się tego spokoju ducha. Nie trzeba szukać spokoju ducha, tylko trzeba szukać
harmonii, czyli takiego wewnętrznego przekonania, że staramy się nie tracić tych
chwil, zagospodarować te chwile i jeśli jest takie uczucie, że jesteśmy blisko
tego codziennego życia, nawet jeśli to jest życie totalnie prymitywne, nudne i
głupie dla wielu – nietelewizyjne, nie będzie tak, że będziemy superbohaterami –
ale w takim codziennym życiu nie stracimy siebie, nie wybijemy się z tego, nie
będziemy obcy, nasze życie codzienne nie będzie nam obce, no to jesteśmy…
Szczęście przychodzi. Ja byłem szczęśliwy – nie wiem dlaczego, ale byłem, bez
powodu. Szczęście nie jest wcale związane z tym, że trzeba coś konkretnego
zrealizować. Ono spada na człowieka tu i teraz. I odchodzi. I ani nie możesz go
zatrzymać, ani nie możesz go przywołać. Ale jest w codziennym życiu. Stoję na
mostku. Niczym nie różniąca się sytuacja, historia, które mi się już zdarzały.
Przechodziłem przez ten mostek setki, tysiące razy. Jestem na tym mostku i
doznaję szczęścia. Ale takiej kosmicznej pełni szczęścia. Po chwili mija. I ja
wiem, że gdzieś ono jest. Na mojej drodze. Może będzie za chwilę, jak będę
strugał ziemniaki, jak będę pił herbatę – nie wiem. Ale tak to szczęście
przychodzi. To nie jest tak, że ktoś tam myśli „ku-wa, ma najpiękniejszą
kobietę, wygrał wszystkie teleturnieje i tak dalej, jest szczęśliwy”. Trochę
inaczej to wygląda. Można wcale nie wygrać w żadnych zawodach, można być na
ostatnim miejscu i doznać szczęścia.
I na tym to polega.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz