Wędrówkowałam.
Od Kostrzyna przez Bydgoszcz i Kołobrzeg po własną małą ojczyznę, aż w końcu znów jedną z dwóch stolic kujawsko-pomorskiego. Piłam, smakowałam, bawiłam się i mokłam. Godziłam się ze sobą.
Kiedy kolejne wakacje spędzasz na pracy nad zawarciem sojuszu ze swoim wnętrzem, zaczynasz się zastanawiać nad własnym pojęciem normalności. I... nad wagą takich rozważań.
Niemniej odkryłam jedną ważną rzecz: czerwony minus na koncie bankowym, przemoknięte ubrania, a także odciski na stopach są warte jednego "teraz jestem szczęśliwa", kiedy wpatruje się w granatowy horyzont bałtyckiego morza i czuje się pełnię, o której niegdyś mówił mi profesor Grochmalski. Uświadomiłam to sobie jednak sierpniowego, sobotniego wieczoru, kiedy kolejny raz w tym letnim okresie ściągałam z siebie mokre od ulewy spodnie i przez moment zawiesiłam wzrok w oczach rudawego maine coona. W Bydgoszczy, mieście kamienic i kilkunastu wspomnień, które zostały przedefiniowane na nowo, natknęłam się na natchnienie.
Kiedy po kilku latach od mojej ostatniej wizyty na starówce mijałam jej postać, moje myśli były zajęte czymś innym niż obserwacją otoczenia. Mignęła mi w kącie oka i równie szybko w nim zgasła, nie pozostawiając żadnej większej refleksji. Dopiero, gdy parę kroków dalej chłopak ścisnął moją dłoń i zapytał, czy widziałam "tamtą panią z bagażem", jej istnienie zostało zarejestrowane w mojej świadomości. Tak po raz pierwszy zobaczyłam "kobietę z walizką".
Niektórzy mówią, że chodzi po mieście już od dwudziestu lat. "Kobieta z walizką", bo tak nazywana jest postać, która wędruje bydgoskimi ulicami od, tak naprawdę, bliżej nieokreślonego okresu, prawie zawsze, nawet w tak słoneczną pogodę, jaką zaszczycały nas lipcowe popołudnia, nosi przy sobie ciemny płaszcz. Jest elegancko ubrana i jej głowę zdobi szal. Czasem zaczepi przypadkowego przechodnia, prosząc o drobne na krople do oczu albo na bilet. I tutaj zdania są podzielone: część ludzi mówi, że to kulturalna, miła kobieta, a część, że staje się złośliwa i krzykliwa, gdy odmówi się jej pomocy. Bywa również tak, że zadaje napotkanym ludziom niecodzienne pytania lub oskarża ich o bycie milicjantem lub prokuratorem.
Korzystając ze źródeł mniej lub bardziej wiarygodnych, dotarłam do informacji, iż jest to osoba chora, odrzucająca pomoc opieki społecznej, a także syna. Żadna z wersji jej historii nie została oficjalnie potwierdzona, ale jest jedna, która przewija się najczęściej. "Pani z walizką" czeka. Od X lat czeka na męża i córkę, którzy mieli ją odebrać z pracy i pojechać na wakacje. Niestety, nie dojechali - zginęli w wypadku samochodowym.
Tajemniczość połączona z dramatem rodzinnym sprawia, iż jej postać jest "atrakcyjna" dla otoczenia. Do tego stopnia, że na portalu społecznościowym Facebook ktoś założył jej fanpage'a. Co przeraża na tej stronie to fakt, iż jej użytkownicy z chęcią dzielą się nie tylko zdjęciami tej pani, ale także jej adresem. Informacja o miejscu zamieszkania przewija się wśród tysiąca komentarzy pod fotografiami przedstawiającymi jej wizerunek. Został tam także umieszczony prześmiewczy filmik, ukazujący młodego mężczyznę, który przed nią klęka i się "oświadcza". Wydaje się, że kobiecie zostało odebrane, w pewnym sensie, człowieczeństwo. "Fani" nie widzą w jej osobie jednostki o określonych prawach i odczuciach a mit - często nazywana jest "jednym z symboli Bydgoszczy".
Nie wiem, czy przedstawiona przeze mnie opowieść o przeszłości "kobiety z walizką" jest prawdą, ale zainspirowała mnie ona do rozważań na temat oczekiwań. Kiedyś usłyszałam, że życie to głównie strach - a później się umiera. Że nieustannie się czegoś boimy. Tak jak bywa z kurą i jajkiem - mnie się wydaje, że na początku było czekanie. To z niego rodzą się obawy. Wszyscy na coś czekamy; bez ustanku wypatrujemy weekendu, wyjazdu, świąt, Sylwestra, awansu, narodzin... I dopiero z tego, z tych początków, jak i końców, rodzą się lęki, wypełzają spod innego słowa. Ale w gruncie rzeczy są one nam potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Gdyby zniknęły, moglibyśmy się zapętlić w kręgu oczekiwań - tak jak pewna pani wędrująca po pewnym mieście. A każdy ze wspomnianych końców i początków przecież zawsze jest odrobinę inny.
Przez jakiś czas zastanawiałam się, czy sama nie staję się lub już nie jestem kobietą z walizką. Dopiero po głębszej analizie jej postaci doszłam do powyższych wniosków. Pomyślałam o tym, że przy poziomie stresu w mojej krwi nie mogę się w ten sposób porównywać. Uciekałam przed strachem, ale w gruncie rzeczy dotarł on do mnie ze zdwojoną siłą i przez moment myślałam, że mogę się przewrócić. Cóż - może tak naprawdę wszystko się kończy happy endem. Tylko potrzeba cholernie dużo minut, żeby zinterpretować tak niektóre końce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz