Piąty kwietnia 2016 roku.
Kolejny wtorek
rozpoczęty o szóstej rano. Szybki prysznic, kawa zamiast śniadania i dźwięk
odbijających się trampków od chodnikowej powierzchni. Szmer piachu i szorstkość
betonu. Później już tylko pół-sen zamiast pełnej świadomości i wystukany SMS z krótkim
wyznaniem.
Najpierw dziennikarskie
źródła informacji, pod koniec których przybijam profesorowi piątkę, a następnie
dziennikarstwo agencyjne. Przerwa i paniczna podróż na WF, w trakcie której
tramwaj, którym jadę, chyba zaczyna płonąć i spóźniam się na zajęcia.
Moje szczęście. Nic
wyjątkowego.
Tymczasem jakieś
dwieście kilometrów dalej moja mama ostatni raz wsiada do samochodu po to, aby
dojechać do Wieliszewa i przyjąć chemię. Trzydziestą czwartą. Końcową.
Przez półtora roku ten
sam schemat. Tylko czasem, kiedy było gorzej, zamiast niej ktoś inny był za
kierownicą. Zazwyczaj sama odbywała tę podróż. Rankiem, kiedy chłód wpychał się
pod kurtkę i późnym popołudniem, kiedy trucizna już krążyła w jej żyłach. Za
każdym razem do pokonania sto kilometrów. I radio grające gdzieś w tle.
To nieprawda, że
regularne badania mammograficzne pomogą w szybkim rozpoznaniu. To nieprawda, że
lekarze są zawsze w stanie wykryć guza. Okazało się, że pół roku przed właściwą
diagnozą rozpoczęły się pierwsze objawy i wędrówka po specjalistach, którzy nie
zauważyli większych nieprawidłowości. Rak wtedy krył się pod stanem zapalnym od
kręgosłupa, a cicha radość z tego powodu nie miała większych motywów do bycia
przytłumioną.
Kiedy szłam na studia,
moja mama już była chora. Dowiedziałam się tego jednak dopiero w listopadzie,
kiedy przyjechałam do domu w okolicach Dnia Niepodległości. Złe przeczucia od
jakiegoś czasu ukrywały się pod powiekami i zmuszały do zwiększonej ilości
mrugania za każdym razem, kiedy odbierałam telefon. W końcu nadszedł ten moment
i zanim dotarły do mnie ostatnie głoski, to już rozumiałam.
Najtrudniejsza
rozmowa, jaką kiedykolwiek odbyłam.
Nowotwór to ciężkie
słowo. Używam określenia „ciężkie” z pełną świadomością pewnej nieprawidłowości
językowej, ponieważ idealnie obrazuje uczucia z nim związane. Za każdym razem
wydaje się równie nieprawdopodobne, jeżeli myśli się, iż dotyczy ono właśnie
ciebie. To każde wstydliwie odrzucone spojrzenie i banalne „musisz być dzielna”.
To tępa wściekłość i bezradność. Alienacja.
Nie ma w tym nic
romantycznego. Żadne produkcje nie powiedzą ci o tym, że istnieją różne typy
chemii i już po pierwszej dawce mogą wypaść ci włosy. Wystarczą jedynie dwa
tygodnie. Peruka ze sztucznych, sztywnych włosów kosztuje osiemset złotych, a
krew na chusteczce higienicznej to codzienność.
Skupiłam się na nauce.
Przyznano mi stypendium rektora. I wróciłam do domu na wakacje. Wkrótce jednak moja
mama wyjechała na miesiąc do szpitala, przyszedł czas na radioterapię w liczbie
dwudziestu sześciu sesji z równoległym przyjmowaniem chemioterapii. Pomimo
odpowiedniej pielęgnacji na klatce piersiowej pojawiły się czerwone plamy, a
następnie bolesne rany.
Nie zdajemy sobie
sprawę z tego, iż leczenie nowotworu niszczy także organizm. Ta walka,
zakończona zwycięstwem, ma swoje ofiary: wiecznie opuchniętą rękę, zniszczone
stawy i postępującą zaćmę. Każda ze wspomnianych wcześniej form kuracji to
trucizna nie tylko dla raka, ale także i dla chorego. W końcu zaś wszystko to
staje się normą.
Ale przede wszystkim
nie zdajemy sobie sprawę z tego, że rak nie determinuje tego, kim jesteś.
5 kwietnia 2016 roku.
Ostry dźwięk powiadomienia. SMS: Kocham
Cię, mamo i jestem z Ciebie dumna. Miłego dnia.
Bez lateksowego stroju
superbohatera, ale z uśmiechem, moja Mama odpala silnik samochodu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz