Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty

12:23

Jak przetrwać w akademiku

Jak przetrwać w akademiku

akademik
źródło zdjęcia


Dla studentów wrzesień jest dodatkowym miesiącem wakacji, ewentualnie: terminem egzaminacyjnej sesji poprawkowej. Tak czy siak, czuć już na karku oddech kolejnego roku akademickiego.

Zbliża się październik.

W moim przypadku oznacza to powrót do Torunia, oddalonego o jakieś 200 km od mojego rodzinnego domu i ponowne wczuwanie się w rytm tętniącego życiem akademika.

Kilka osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę ze studiowaniem pytało mnie jak wygląda pobyt "w takim miejscu". Pamiętam też, jak na pierwszym roku zapytałam nowo poznaną koleżankę, czy mieszka w akademiku - uzyskałam odpowiedź w postaci pełnego zaskoczenia spojrzenia i "nie, a wyglądam na taką?"; było też kilka wzmianek o higienie i szczurach latających po korytarzach.

Wielu kojarzy dom studencki z "Sodomą i Gomorą", chaosem, hałasem i w ogóle: szeroko rozumianym bałaganem. Czy mają rację?

Owszem.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

W całym tym "nieporządku" zapominamy, że przecież nie tworzy się on z niczego. Stoją za nim konkretni ludzie. A mówiąc o konkretach mam na myśli: my, studenci. Każdy przyczynia się do poziomu życia w budynku, wnosi większą lub mniejszą cegiełkę do tego, jak przedstawia się wizerunek mieszkańca opisywanego przybytku.

Higiena

W gruncie rzeczy w każdym akademiku panują inne zasady. Jeżeli chodzi o higienę, o którą często jestem pytana, kilka razy w tygodniu przychodzi pani sprzątająca, która dba o czystość korytarzy, kuchni oraz łazienek - przestrzeni wspólnej. Mój dom studencki charakteryzuje się tym, że nie ma segmentów, które łączą kilka pokoi oddzielonym korytarzem, co skutkuje większą ilością ubikacji i pryszniców na mieszkańca - a przynajmniej - mniejszą ilością mieszkańców, którzy regularnie z nich korzystają. U nas nie ma tej wygody - łazienki są wspólne, koedukacyjne, dwie na każde piętro. Twoje nagie ciało pod strumieniem gorącej wody oddziela od niepożądanych oczu współmieszkańców zasłonka w żółte rybki, a uchwyty słuchawek od prysznica to rzadkie dobro.

Najczęściej największy bałagan panuje tutaj po weekendzie, kiedy wychodzisz ze swojego pokoju na korytarz usiany papierowymi petuniami. Czasem jest zapchany zlew w kuchni, a kosze na śmieci stają się konstrukcją chwiejną i niebezpieczną. W dni powszednie takie zjawiska rzadko mają miejsce.

Kiedy kończę myć naczynia, zawsze upewniam się, że nie napakowałam żadnego makaronu w miejsce do tego nieprzeznaczonego i nie zatkałam jakiegoś odpływu; zmywam plamę sosu z blatu, która "zrobiła się" podczas niezręcznego gotowania i nie zostawiam brudnych garnków na kuchennej podłodze. Może stanowi to niewielkie znaczenie w ogromie problemu, który kotłuje się i zewsząd otacza, ale przynajmniej mogę sobie ukradkiem przybić piąteczkę. Polecam.

Życie w społeczeństwie

Jedną z rzeczy, która jednak notorycznie wywołuje we mnie frustrację to techno, które słyszę zza ściany. Zazwyczaj jednak wystarczy tylko kilka puknięć w cienką konstrukcję oddzielającą pokoje, aby nieco ono się uciszyło. Wybierając dom studencki jako miejsce zamieszkania trzeba liczyć się z tym, że nawet jeżeli mamy duszę pięćdziesięciolatka to dookoła nas są ludzie, którzy prowadzą odmienny styl życia od naszego. Fakt, że jest on nieco głośniejszy nie oznacza to, że jest gorszy. Myślę, że akademik właściwie uczy pewnej tolerancji (zobaczymy w październiku, Karolino). Wystarczy doza wzajemnego szacunku i cierpliwości.

Introwertyk? Nie masz żadnego obowiązku imprezować na korytarzu (tak, to też się zdarza). Nikt nie będzie na siłę wyciągał cię z czterech ścian i wkładał do dłoni alkohol (to kosztuje). Moja integracja z sąsiadami ogranicza się do powitań do konkretnych jednostek i ewentualne krótkie pogawędki. Do pubu chodzę z przyjaciółmi.

Nawet, jeżeli czujesz, że jesteś nieco bardziej zamknięty w sobie od innych warto powiedzieć pierwsze "cześć", bo później będziesz miał możliwość pożyczenia od kogoś szklanki mąki. Warto również ofiarowywać pomoc ze swojej strony. W końcu studia to "najlepszy okres w życiu", a przypadkowa znajomość nawiązana na akademikowym korytarzu może zmienić się w całkiem wartościową relację. Być może warto uchylić nieco drzwi.

Ponadto na Facebooku prawie zawsze znajdzie się grupa dedykowana danemu akademikowi. Mimo pozorom to całkiem przydatna rzecz - sprawna forma komunikowania mieszkańcom o braku Internetu. Albo o chęci oddania części jedzenia. W ten sposób poinformowałam sąsiadów o tym, że zostawiam w kuchni produkty długoterminowe, a także wino, bo jadę na wakacje do domu i muszę pozbyć się trochę rzeczy. Po kilku minutach wino zniknęło.

Władza

W moim domu studenckim istnieje coś takiego jak "portiernia", gdzie panie, którym oddaje się klucz zawsze mówią z uśmiechem "dzień dobry" lub nie odzywają się wcale, nie zdradzając mimiką żadnych emocji. Jest również pani kierownik, którą jednak rzadko widuję. Teoretycznie po 23 obowiązuje cisza nocna, ale jej granice bywają od czasu do czasu naginane. Wtedy któraś z miłych pań z portierni idzie pouczyć rozbawioną gawiedź. I albo to działa, albo nie.

Powodzenia

To skrócona wersja instrukcji obsługi akademika. Wszystkie rzeczy, o których przeczytałeś lub o których słyszałeś w zderzeniu z rzeczywistością nie są tak trudne do przeżycia, a czasem są zwyczajnie wyolbrzymione. Ja podeszłam do problemu nieco humorystycznie, ale starałam się przekazać powyższą notką najważniejsze elementy, na które on się składa. Z tego, co wiem, znajoma, która podejrzewała mnie o tresurę gryzoni w domu studenckim sama teraz w nim mieszka.

A jeżeli osoba, która ma duszę pięćdziesięciolatka (ja) mieszka z drugą taką osobą (moja współlokatorka) to ty też dasz radę.

11:11

Moje studia to żart

Moje studia to żart


Kiedy zaczęłam studiować dziennikarstwo w Toruniu, krótko mówiąc, byłam dosyć zagubiona. Czułam się, jakbym była bohaterką mało popularnego sitcomu, którego głównym motywem jest seria niefortunnych zdarzeń... przez które jedyne, o czym marzę, to o zapadni pod swoimi nogami. Właściwie nie znałam nawet odpowiedzi na pytanie, dlaczego akurat to miejsce, ten uniwersytet, ten kierunek... 
Nie ma tutaj jednak gwałtownego zwrotu akcji - bo wciąż nie jestem pewna, czym się wtedy kierowałam. 

Wraz z końcówką liceum uświadamiamy sobie, że już, za chwilę, zaraz, musimy decydować o sprawach, które zaważą na całym życiu. Ten wybór zdeterminuje naszą przyszłość. Rozwój kariery. Zadowolenie lub jego brak w pracy. I w dodatku ta matura, od której zależy przecież... wszystko.

Na dziennikarstwo zdecydowałam się w ostatnim momencie. Można powiedzieć, że nie miałam pomysłu na siebie. Można tak powiedzieć... Jednak wraz z czasem odkryłam, że naprawdę lubię swoje studia. Pierwszy rok to czas, w którym poznałam ludzi, którzy stali się dla mnie, poniekąd, inspiracją. To czas, w którym także na nowo odkryłam swoje pasje. To czas rozwoju.

Jednak najważniejszą rzeczą, której się nauczyłam, to skupienie się na teraźniejszości. Jestem studentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na specjalności nowe media. Nie jestem dziennikarką. Może nigdy nią nie będę. A może będę? Nie wiem. Jedyne, czego jestem pewna, to tego, że po raz pierwszy w życiu mam prawdziwą i szczerą chęć uczenia się. Swoje plany wiążę ze studiami tak długo, jak będzie sprawiało mi to przyjemność. Za kilka lat mogę być całkowicie innym człowiekiem. Mogę przeskakiwać przez różne drogi swojej przyszłej kariery, a jedyne, co ją może determinować, to moje zdolności. Nie chcę, aby jakość tych "dróg" zależała od opinii społecznej czy pieniędzy, lecz od tego, czy podążanie po nich sprawia mi radość. Tak długo, jak tak się właśnie dzieje, nie ma lepszych czy gorszych etapów.

Moje studia to żart. Nie mieszczą się zbyt wysoko w rankingu. Czasami ich plan mnie załamuje. Ale mimo wszystko nie żałuję swojej decyzji. I czuję się tutaj dobrze. Przede mną jeszcze licencjat - a później? Zobaczymy. Tymczasem definicję spełnienia widzę w wizji "reinkarnacji", którą przecież przechodzimy co najmniej kilka razy w normalnym życiu. W tym, że każdy ma coś z Doctora.

16:47

Jak przetrwać sesję

Jak przetrwać sesję

Otworzenie jednego oka to nie problem. Nawet drugie oko to nie problem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy chcemy utrzymać je w takim stanie. Najgorzej - jednocześnie.

Wraz z nadchodzącą sesją ciało studenta przybiera na wadze. Niekoniecznie tyjemy, ale każdy członek staje się o wiele cięższy. Ruchy są osowiałe, oczy podkrążone, czoło odrobinę zbyt gorące. I to wszystko pomimo tego, że nikt jeszcze nie zaczął się uczyć.

Trudno jest przejść przez taki stan bez większych zniszczeń na psychice. To prawdziwa tortura, gdy, pochłonięci prokrastynacją, pustym spojrzeniem obserwujemy zbliżającą się datę kolejnego egzaminu. Powoli tracimy wiarę w życie i ogólny sens tego, co robimy i tego, co nas otacza. Nawet internetowe memy przestają nas śmieszyć; przeglądamy je jedynie dlatego, że w tym punkcie jesteśmy już od tego uzależnieni.

Choć powyższy opis może wydać się groteskowy, prześmiewczy czy wręcz nierealny, stanowi rzeczywiste przedstawienie sytuacji. Nie zrozumie tego cierpienia ten, kto nie był studentem. Więc jak w ogóle przetrwać tę sesję?

Odpuść.

Po prostu. Idź do kina na najnowszy film Tarantino i śmiej się z poczucia humoru równie czarnego, jak nadchodząca przyszłość. Pójdź na spacer nad Wisłę. Doceń własne łóżko - największego przyjaciela studenta. Odpocznij. I zastanów się nad tym, czy stres spowodowany własnym lenistwem jest naprawdę tego wszystkiego wart.

Poświęć chwilę samemu sobie i dopiero wtedy zajrzyj do notatek, aby mieć jako-takie pojęcie na temat tego, co chciałbyś zdać. Gdzieś kiedyś czytałam o tym, że nie warto martwić się o rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu, ponieważ i tak negatywne emocje, które przeżywamy, nic w tym nie pomogą. Jeżeli jednak mamy wpływ na sytuację - wtedy także stres jest bezsensowny, gdyż wystarczy jedynie przystąpić do działania.

Więc, jeżeli już odetchnąłeś, zaparz sobie kolejną kawę i zatrójkuj te egzaminy. 


(Zdjęcie na początku wpisu nie jest moją własnością)


12:33

Nauka radości z radości, czyli relacja ze Szlachetnej Paczki

Nauka radości z radości, czyli relacja ze Szlachetnej Paczki


Muzyczne tło w supermarketach skomponowane jest w taki sposób, aby klienci chętniej przekazywali swoje pieniądze kasjerom. Szelest papierowej gotówki, brzdęk uderzających o plastikową podstawkę monet, pikająca akceptacja pinu i wirujące echo kasowanych produktów - cała ta symfonia przypomina nam o nadchodzącej Gwiazdce.

Kiedy miałam  jedenaście lat, wraz z bratem i mamą wybraliśmy się na zakupy przedświąteczne. Do tej pory pamiętam twarz chłopaka, który podszedł do nas w hipermarkecie i poprosił nas o to, abyśmy kupili mu coś do jedzenia. Pamiętam, że byłam przerażona i w sumie nawet nie wiedziałam, dlaczego. Nasza mama kupiła mu to, czego potrzebował, a on sam podziękował i zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Być może tak bardzo boimy się ludzi, którzy potrzebują od nas pomocy, ponieważ sami postrzegamy siebie jako osoby nie będące w stanie jej zapewnić. Być może brakuje nam empatii i współczucia; być może brakuje nam wiary we własne możliwości. A może nasza zdolność do okazywania litości nie jest warunkowana przez poziomy wrażliwości tylko przez to, jak wygląda nasz autoportret.

Bardzo trudno jest zrozumieć, że mamy prawdziwy wpływ na rzeczywistość. Że to my jesteśmy zmianą. Wszystko wydaje się takie samo i takie samo wydaje się pozostać po tym, jak całkiem znikniemy. Wniesienie czegoś wartościowego w życie społeczeństwa wydaje się odległą ideologią. Polityką.

Prawda jest taka, że właśnie w większych grupach możemy zdziałać więcej. Zmienić bardziej. Nawet w tak podstawowej strukturze, jaką jest rodzina, poprzez odpowiednią organizację stajemy się realną siłą. Razem gotujemy wigilijne dania, ubieramy choinkę, kreujemy ten cały świąteczny nastrój… tworzymy Szlachetną Paczkę.

Opowieść, którą jednak chcę tutaj naszkicować, nie dotyczy bezpośrednio rodziny, lecz grupy młodych ludzi. Studentów dziennikarstwa, którzy postanowili wcisnąć swoją maleńką zmianę w otoczenie.



W tym roku odbyła się piętnasta edycja Szlachetnej Paczki – druga, w której brałam udział. Akcja polega na organizacji grupy ludzi, z którymi chce się w sposób materialny wspomóc wybraną w internetowej bazie rodzinę. Następnie tworzy się prezenty, których zawartość odpowiada przedstawionym potrzebom ludzi, którym zdecydowano się je przygotować.

Dziennikarstwo w tym roku podarowało swoją SzPaczkę starszemu małżeństwu. Około trzydzieści osób realnie odmieniło czyjeś święta. Ludzie „z zewnątrz” pisali do nas, czy mogą w jakikolwiek sposób dołożyć swoją cegiełkę w jej budowaniu. A z relacji wolontariuszki, która zawiozła paczuszki, paczki i paki do „naszej rodziny” wynika, że „jak długo żyją, takiej Gwiazdki jeszcze nie widzieli”. 

Razem staliśmy się pewną siłą. I moim zdaniem, mamy prawo być z tego dumni. Zrealizowaliśmy, od początku do końca, projekt, dzięki któremu wnieśliśmy pozytywną zmianę w rzeczywistość. I to wszystko tylko dzięki odrobinie wiary we własne możliwości.

Miejmy nadzieję, że zobaczymy się za rok przy tej samej okazji!
Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger