Wybiła godzina prawdy. Po zalogowaniu się na konto
IRK dowiedziałam się, że Uniwersytet Łódzki odrzucił moją kandydaturę zarówno
na studentkę dziennikarstwa, jak i psychologii. Moja wizja przyszłości była już
pewna: skoro najgorsza z trzech opcji odrzuciła moje podanie, teraz już nigdzie
się nie dostanę. Pogrążyłam się w czarnej otchłani rozpaczy, jakby powiedziała
Ania Shirley, ale trwało to tylko godzinę, ponieważ wtedy okazało się, że i
Poznań i Toruń zapraszają mnie na swoje uczelnie.
Z sali, w której pisałam maturę z matematyki wyszłam
z płaczem. Pewność, że nie zdam była równa pewności, że oddycham. Aż w końcu pewnego
dnia poznałam wyniki i okazało się, że całkiem sporo brakowałoby mi do tego,
aby... nie zdać.
Kiedy w gimnazjum powiedziałam, że zamierzam iść do
nieco lepszego liceum w pobliskim mieście, usłyszałam od koleżanki: nie
dostaniesz się. A nawet, jeżeli się dostaniesz, zrezygnujesz po semestrze, bo
nie dasz rady. To ten rodzaj słów, które zostają z tobą na dłużej. Ale,
dostałam się. Później okazało się, że mam siedem zagrożeń, jednak i z tego
wyszłam bez szwanku.
Nie piszę tego w celu masturbacji do autoportretu.
Chciałabym raczej wywołać refleksję na temat perspektywy, z jaką możemy
postrzegać poszczególne etapy naszego życia. To, co ludzie powszechnie nazywają
porażkami, wolę postrzegać jako błędy, z których można się czegoś nauczyć lub
je zwyczajnie naprawić. Prawdziwą porażką jest bierne siedzenie w jednym
miejscu i śmianie się z faktu, że komuś powinęła się noga, kiedy ten podążał
naprzód.
Kiedy coś nie pójdzie po mojej myśli, przypominam
sobie historię moich rodziców, która w wielkim skrócie wyglądała mniej więcej
tak: wracając z pracy zagranicą zostawili saszetkę z zarobionymi pieniędzmi na
dachu samochodu i odjechali, a kiedy sobie przypomnieli parkując przed domem,
wzięli po prostu szampana i poszli świętować swój powrót. Niekoniecznie w tej
przypowiastce chodzi o to, żeby na stres reagować alkoholem; ja widzę tutaj
raczej nieustanne poszukiwanie pozytywnych zakończeń.
Ten semestr zakończyłam jedną poprawką. Nie zdałam
egzaminu z systemów medialnych na świecie, na którego uczyłam się dnie i noce
i byłam pewna, że 3 mam jak w banku. Cóż - widocznie ktoś mnie okradł. Dlatego
przed drugim terminem nie byłam już pewna, czy moja wiedza jest wystarczająca,
czy nie, chociaż spędziłam kolejne dnie i noce na nauce. Udało mi się w końcu
zaliczyć ten egzamin, ale gdyby to się nie powiodło, przekreśliłoby mi to
szanse na stypendium rektora dla najlepszych studentów, które do tej pory było
mi przyznawane co roku. Mówiąc w skrócie: byłam wściekła, głównie na siebie.
To uświadomiło mi dwie rzeczy. Nie warto się
przejmować ocenami, które w żaden sposób nie określają ani poziomu
inteligencji, ani pracy włożonej w przyswajanie wiedzy. I to, że może warto wziąć
się za bardziej wartościowy projekt niż osiąganie konkretnego progu średniej.

Jeden z lepszych tekstów tutaj. Brakowało tego od dawna. :)
OdpowiedzUsuń