12:06

Ania z Zielonego Wzgórza




Zaczęło się zwyczajnie.
Wydaje mi się, że od lektury szkolnej, a później... Później przeczytałam większość książek z serii. Pamiętam tę ekscytację, którą czułam, gdy poznawałam dziewczynkę, która mówiła albo bardzo dużo, albo nic. Miałam wrażenie, że oto widzę swoje odbicie w fikcyjnej postaci. Pamiętam, jak wypełniała mnie wściekłość i współczucie dla Ani, która została niesłusznie oskarżona o kradzież przez Marylę i naiwną przyjemność, kiedy zaczynałam czytać tom z szumiącymi topolami w tytule, a które rosły dosłownie przed moim domem. Bohaterka Lucy Montgomery stała się moją przyjaciółką i poniekąd wzorem, kiedy miałam te paręnaście lat. Uparta, wrażliwa i nieposkromiona.

Mówiąc szczerze, nie pamiętam już w szczegółach jej historii. Mogłam poznawać ją jakieś dziesięć lat temu. Pamiętam za to ogólne wrażenie, które wywołała na mnie ta saga. Kojarzy mi się z powrotem do ciepłego domu; albo po prostu: z dzieciństwem. Zawsze mówię, że to Harry Potter odcisnął na mnie największe piętno w trakcie dorastania, ale przypomnienie sobie o Ani Shirley wywołało refleksję, czy aby na pewno tak jest. Być może powieść Rowling znalazła się w bardziej świadomym momencie mojego życia, kiedy już bardziej krytycznie podchodziłam do otaczającej mnie rzeczywistości i dlatego mocniej zapadła mi się w pamięć. Za to "Ania z Zielonego Wzgórza" była jednak większym przełomem - pierwszą prawdziwą lekturą, którą doceniłam. Jej wpływ na kształtowanie się mojej osobowości nie był początkowo widoczny, ponieważ, w gruncie rzeczy, miałam i tak już dużo cech wspólnych z bohaterką. Niekoniecznie lubiana w szkole zarozumiała indywidualistka.

Marzyłam o tym, aby kiedyś wybrać się w podróż na Wyspy Księcia Edwarda; mówiłam nawet mamie, że chciałabym tam zamieszkać. Nie umiałam wskazać żadnego konkretnego powodu, dlaczego akurat tam, oprócz tego, że było to miejsce akcji ulubionej powieści. Chyba właściwie od tego momentu zaczęłam "pochłaniać" książki, a Potter był po prostu kolejną serią, która umocniła moje zamiłowanie do czytania.

Poruszam temat "Ani z Zielonego Wzgórza", ponieważ w maju tego roku odbędzie się premiera nowego serialu na podstawie tej powieści, a jest ona dla mnie ważną pozycją. Oczywiście, po serii z 1985 roku powstawały również inne adaptacje, ale tym razem jest to produkcja Netflixa, którego serialami jestem zainteresowana. Robiąc research na potrzeby tego wpisu czytałam reakcje Internautów na każdą nową wizję Ani i za każdym razem znalazł się komentarz krytykujący sam pomysł zrobienia nowej adaptacji, ponieważ przecież ta z 1985 roku jest perfekcyjna.

Co więcej, na Facebooku natknęłam się na artykuł właśnie na ten temat. W komentarzach pod postem również wiele osób wyrażało swoją dezaprobatę z powodu "odgrzebywania" Shirley, a także "na pewno to zepsują, bo ta młodzież to wolałaby najlepiej czy de, smoki i krew".

Tak.

Zacznijmy od tego, że utarło się jakieś przeświadczenie, że realizacja adaptacji filmowej czy serialowej jest w stanie "zepsuć" oryginał. Jedyne, co może zostać zaburzone, to wizja opowieści w umyśle odbiorcy, który obejrzy serial i to nie tego, który spotyka się z Anią po raz pierwszy, tylko tego, który narzeka na fakt, iż właśnie oryginał może zostać zepsuty. Otóż osobie, która nigdy nie czytała książek Montgomery i nie jest zaznajomiona z jedyną słuszną adaptacją, nic nie zostanie zepsute, ponieważ spotyka się z nowym, nieznanym produktem. Serial nie ma za zadanie wiernie odtworzyć książki - ona stanowi dla niego bazę, inspirację, ale nie tworzy wiernej kopii. W tym przypadku nowy fan Ani Shirley nie jest fanem bohaterki książki, a serialu Netflixa.

Jeżeli zaś chodzi o tych fanów starszych, których wizja może zostać "zepsuta"... Prawda jest taka, że jeżeli Wasza interpretacja jednej z bardziej lubianych postaci czy jej historii może ulec zmianie na gorsze z powodu produkcji, która Wam może się nie spodobać, to ta interpretacja jest bardzo słaba. To w żaden sposób nie dotyka książki. Może uwydatnić pewne aspekty powieści, których do tej pory nie dostrzegaliście, ale to nie jest wadą produkcji, tylko Waszym niedopatrzeniem. Omijanie pewnych elementów fabuły czy tworzenie nowych - to właśnie sprawia, że serial ma swój, niepowtarzalny charakter. Pierwszy tom z serii ma już ponad sto lat! Tego nie da się po prostu tak "zniszczyć". Zawsze można wrócić do lektury i poznać ją na nowo - na co, mam nadzieję, i ja znajdę czas przed netflixową premierą - a nie bazować na wrażeniu, jakie się pamięta po paru latach od jej czytania.

Nie mówię przez to, że ten serial będzie dobry. Nie mówię też, że będzie zły. Mówię tylko, że tak bezpodstawnie negatywne podejście do tematu jest śmieszne.

Tutaj możecie obejrzeć najnowszą zapowiedź serialu: klik. Póki co, aktorka odgrywająca główną bohaterkę przekonuje mnie to siebie i zdecydowanie pokrywa się z moim wyobrażeniem Ani Shirley. A co Wy sądzicie?

Źródło zdjęcia: klik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger