Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

16:46

Dwie książki, dwie dziennikarki. "Ostre przedmioty" i "Sekret listu"

Dwie książki, dwie dziennikarki. "Ostre przedmioty" i "Sekret listu"

Dwie książki, dwa prezenty na imieniny. Jeden dla mojej mamy, a drugi dla mnie. W obu przypadkach są to powieści przedstawiające młode dziennikarki na tropie śledztwa. Historie jednak zdecydowanie się od siebie różnią. Pomimo tego, że i w "Sekrecie listu", i w "Ostrych przedmiotach" znajdziemy żądzę mordu, to ten ostatni tytuł jest naprawdę mroczny.

Lucinda Riley serwuje nam mały happy end, momentami ckliwą historię miłosną. Z kolei książka autorstwa Gillian Flynn, której adaptację serialową realizuje stacja HBO, nie daje nam gotowych rozwiązań. Winni zostają ukarani, jednak czytelnik nie czuje związanej z tym satysfakcji. Nie ma tutaj również miejsca na typowy romans. Przedstawiona wizja miłości, o ile można ją tak nazwać, jest czysto fizyczna.

"Sekret listu" Lucindy Riley

W tym przypadku nasza dziennikarka nazywa się Joanna Haslam i jedną z pierwszych informacji, jaką o niej otrzymujemy jest to, że właśnie zakończyła sześcioletni związek. Zmuszona do zrelacjonowania pogrzebu znanej osobistości, niechcący trafia na szlak śledztwa. Odkrywa kolejne intrygi mające na celu zamaskowanie prawdy na temat osób wysoko postawionych w hierarchii politycznej Wielkiej Brytanii. Kiedy spotyka starszą kobietę, której pomaga w powrocie z ceremonii do mieszkania, nie wie jeszcze, że naraża się tym samym na niebezpieczeństwo. Wkrótce odpowiednie służby będą monitorować każdy jej ruch, a nawet podejmą próby powstrzymania jej przed rozwikłaniem sprawy. 

Książkę czyta się szybko i lekko. Jest to jedna z tego rodzaju powieści, która wlatuje i wylatuje przez wyobraźnię w chwili, kiedy się ją pochłonie. Proces jej przyswajania i rozkwitania w umyśle jest jednak przyjemny. Stanowi dobrą rozrywkę na jeden, dwa wieczory, podczas których trudno jest odciągnąć się od kolejnych zdań. Konsekwentnie, powoli wciąga czytelnika pomiędzy swoje kartki. To wciąganie jest jednak momentami utrudnione, przerywane przez infantylność bohaterów i język, jakim posługuje się autorka. Być może brzmi on lepiej w oryginale, ale chwilami czułam się zażenowana pewnymi banałami i zachowaniem postaci. Jak zawsze w takiej sytuacji, musiałam na chwilę przerwać lekturę i odetchnąć, odreagowując tak zwane "second embarrassment", czyli zjawisko, podczas którego odbiorca odczuwa wstyd za rzeczy, które robi przedstawiony charakter. To wyrywało mnie z książkowego odpowiednika grywilizacji, która z kolei oznacza zaangażowanie gracza w świat wirtualny; jego utożsamienie się z nieistniejącą rzeczywistością i zapomnienie o tej, która go otacza.

Jestem jednak pewna, że lektura powieści może być przyjemna dla odbiorcy nie nastawionego na zbytni krytycyzm. Szczególnie końcówka książki konsekwentnie buduje napięcie, aby ostatecznie doprowadzić do katharsis. Jeżeli poszukujesz niezobowiązującej, miłej lektury jest to tytuł odpowiadający twoim potrzebom. Autorka wypracowała formułę, która motywuje do czytania kolejnej strony, a jednocześnie nie denerwuje czytelnika w znaczącym stopniu. Niewiele można tutaj dodać - nie jest to powieść, która trafi na półkę "ulubione", ale zdecydowanie pomaga w odprężeniu się i w satysfakcjonujący sposób wypełnia wolny wieczór.

"Ostre przedmioty" Gillian Flynn

Pamiętam, jak w czwartej klasie szkoły podstawowej moja polonistka, pani Aneta napisała na tablicy słowo "nieśmiały". Fascynacja tym wyrazem, jego strukturą i znaczeniem, które wydawało się tkwić w samym wyglądzie liter, które niepewnie wychylały się spod białej kredy całkowicie mnie pochłonęła. Przez naprawdę długi czas powracałam do tego wspomnienia. "Nieśmiały" pojawiał się w mojej głowie w najmniej spodziewanych momentach i doprowadzał do obsesji. Pamiętam także, że jako młodsze dziecko lubiłam powtarzać każde wypowiedziane zdanie pod nosem. Mamrotałam nie tylko to, co sama dopiero powiedziałam, ale też co mówili inni ludzie, niekoniecznie w moim kierunku. Jedną z rzeczy, która mi została z tego okresu zauroczenia aktem mowy jest okazjonalne pisanie palcem losowych słów, które ktoś wypowiedział. Piszę zazwyczaj po powierzchni biurka, ławki czy stołu.

Z tego powodu czułam dziwną więź z główną bohaterką "Ostrych przedmiotów". Nie sądzę, aby mój stosunek do słów był na tyle chorobliwy, jak w przypadku Camille Preaker, ale zdarzało mi się pisać długopisem na wierzchu dłoni, by lepiej zapamiętać daty na egzamin z najnowszej historii świata. Dziennikarka też miała w zwyczaju kreślenie liter na swoim ciele, ale robiła to za pomocą innego narzędzia: noża. Ten akt autodestrukcji rozpoczęła, kiedy miała zaledwie kilkanaście lat. Wydaje mi się, że ona chciała, aby te słowa ją krzywdziły i deformowały. W ten sposób miała kontrolę nad tym, jak bardzo dotykało ją to, co mówili inni ludzie. Jest to jednak tylko moja teoria.

Książki nie czyta się lekko. Było momenty, kiedy ta czynność była dla mnie szczególnie trudna. Nie jest to zdecydowanie powieść dla osób, które są nadwrażliwe. Nie chodzi nawet o obrazowość morderstw, które miały miejsce w rodzinnym miasteczku bohaterki. Było coś niezwykle niepokojącego i mrocznego na poziomie psychologicznym. Camille mnie w jakiś sposób przerażała. To ona była dla mnie postacią, która wywoływała ciarki na karku, a nie jej straszna matka czy siostra o sadystycznych skłonnościach. Czułam dla niej ogromne współczucie i jednocześnie łapałam się na myśli "nie idź tą drogą, dziewczyno", mimo że jest to postać fikcyjna.

Sukces powieści chyba właśnie na tym polega - jak prawdziwa wydaje się główna bohaterka. Na własnej skórze można poczuć, jaki chaos kryje się pod jej czaszką. Ma się wrażenie, że autorka czerpała z rzeczywistości. Jakby istniała Camille Preaker, którą można dotknąć i ostrzec, a jednocześnie wie się, że takie ostrzeżenie nie miałoby żadnego sensu. To samo sprawia, że narracja ma w sobie tyle mroku. Jest gęsty i niemalże namacalny. Czułam autentyczny lęk, zagłębiając się w charakter postaci. Coś na zasadzie portretu Doriana Graya, zasysającego nie twoją młodość, a uczucia.

Zarysowując w ogólny sposób fabułę: nasza dziennikarka jedzie do rodzinnego miasteczka, w którym w ciągu roku zamordowano dwie dziewczynki. Każda z nich miała zaledwie kilka lat, a ich charakterystyczne podobieństwo oraz wszystko to, co związane z zabójstwami skłania do myśli o seryjnym zabójcy. Jest to temat, który może nadać tempa karierze Camille. A nie jest to reporterka z prawdziwego zdarzenia. W warsztacie dziewczyny nie ma nic szczególnego, a jej redaktorem naczelnym kieruje chęć pomocy, kiedy wysyła ją, aby rozwikłać zagadkę. Jest zmuszona zamieszkać na ten czas z matką, jej mężem oraz ich córką, której do tej pory nie poznała. Stanowi to bardzo traumatyczną decyzję, która może być tragiczna w skutkach.

Jest to książka godna polecenia dla fanów mocniejszych wrażeń, jeżeli chodzi o aspekt psychologiczny. Jestem pewna jednak, że wiele osób może nie poruszyć w takim stopniu, jak mnie. Prawdopodobnie miało to związek z dziwną formą utożsamienia się z przedstawioną postacią. Wydawała mi się daleka i bliska jednocześnie. Jeżeli chodzi o adaptację serialową, jeszcze nie miałam okazji się z nią zapoznać. Mignął mi jednak nagłówek artykułu, według którego Amy Adams, która się wciela w główną rolę miała zrezygnować ze swojej obecności w przyszłych sezonach. Nie jest to sprawdzona informacja, nie mogę znaleźć w tej chwili jej potwierdzenia i nie wiem, czym mogłaby być spowodowana decyzja aktorki. Mam jednak nadzieję obejrzeć serial w najbliższym czasie. Ewentualnie liczbę odcinków, która została już wyemitowana.

Dwie książki, dwa światy

Pomimo tego, że w obu książkach główną bohaterką jest młoda dziennikarka, której misją jest dotarcie do sedna prowadzonego śledztwa, są one od siebie całkowicie różne. Na tym kończą się ich podobieństwa. Wydaje mi się, że są skierowane do bardzo odmiennych grup docelowych. Jako czytelnik spędziłam jednak przyjemny czas podczas lektury każdej z nich. Czasem warto pocierpieć przy dobrej powieści. Tak jak są momenty, w których miło czyta się coś "odmóżdżającego", tak są też chwile, podczas których równie przyjemnie jest trochę poćwiczyć umysł, a nawet nieco go skrzywdzić. Mam wrażenie, że w tym punkcie adekwatne jest niezrozumienie mojego partnera, kiedy mówię, że lubię czasem oglądać dramaty, bo dobrze jest popłakać. W przypadku "Ostrych przedmiotów" mam jednak na myśli inny rodzaj smutku.

12:06

Ania z Zielonego Wzgórza

Ania z Zielonego Wzgórza



Zaczęło się zwyczajnie.
Wydaje mi się, że od lektury szkolnej, a później... Później przeczytałam większość książek z serii. Pamiętam tę ekscytację, którą czułam, gdy poznawałam dziewczynkę, która mówiła albo bardzo dużo, albo nic. Miałam wrażenie, że oto widzę swoje odbicie w fikcyjnej postaci. Pamiętam, jak wypełniała mnie wściekłość i współczucie dla Ani, która została niesłusznie oskarżona o kradzież przez Marylę i naiwną przyjemność, kiedy zaczynałam czytać tom z szumiącymi topolami w tytule, a które rosły dosłownie przed moim domem. Bohaterka Lucy Montgomery stała się moją przyjaciółką i poniekąd wzorem, kiedy miałam te paręnaście lat. Uparta, wrażliwa i nieposkromiona.

Mówiąc szczerze, nie pamiętam już w szczegółach jej historii. Mogłam poznawać ją jakieś dziesięć lat temu. Pamiętam za to ogólne wrażenie, które wywołała na mnie ta saga. Kojarzy mi się z powrotem do ciepłego domu; albo po prostu: z dzieciństwem. Zawsze mówię, że to Harry Potter odcisnął na mnie największe piętno w trakcie dorastania, ale przypomnienie sobie o Ani Shirley wywołało refleksję, czy aby na pewno tak jest. Być może powieść Rowling znalazła się w bardziej świadomym momencie mojego życia, kiedy już bardziej krytycznie podchodziłam do otaczającej mnie rzeczywistości i dlatego mocniej zapadła mi się w pamięć. Za to "Ania z Zielonego Wzgórza" była jednak większym przełomem - pierwszą prawdziwą lekturą, którą doceniłam. Jej wpływ na kształtowanie się mojej osobowości nie był początkowo widoczny, ponieważ, w gruncie rzeczy, miałam i tak już dużo cech wspólnych z bohaterką. Niekoniecznie lubiana w szkole zarozumiała indywidualistka.

Marzyłam o tym, aby kiedyś wybrać się w podróż na Wyspy Księcia Edwarda; mówiłam nawet mamie, że chciałabym tam zamieszkać. Nie umiałam wskazać żadnego konkretnego powodu, dlaczego akurat tam, oprócz tego, że było to miejsce akcji ulubionej powieści. Chyba właściwie od tego momentu zaczęłam "pochłaniać" książki, a Potter był po prostu kolejną serią, która umocniła moje zamiłowanie do czytania.

Poruszam temat "Ani z Zielonego Wzgórza", ponieważ w maju tego roku odbędzie się premiera nowego serialu na podstawie tej powieści, a jest ona dla mnie ważną pozycją. Oczywiście, po serii z 1985 roku powstawały również inne adaptacje, ale tym razem jest to produkcja Netflixa, którego serialami jestem zainteresowana. Robiąc research na potrzeby tego wpisu czytałam reakcje Internautów na każdą nową wizję Ani i za każdym razem znalazł się komentarz krytykujący sam pomysł zrobienia nowej adaptacji, ponieważ przecież ta z 1985 roku jest perfekcyjna.

Co więcej, na Facebooku natknęłam się na artykuł właśnie na ten temat. W komentarzach pod postem również wiele osób wyrażało swoją dezaprobatę z powodu "odgrzebywania" Shirley, a także "na pewno to zepsują, bo ta młodzież to wolałaby najlepiej czy de, smoki i krew".

Tak.

Zacznijmy od tego, że utarło się jakieś przeświadczenie, że realizacja adaptacji filmowej czy serialowej jest w stanie "zepsuć" oryginał. Jedyne, co może zostać zaburzone, to wizja opowieści w umyśle odbiorcy, który obejrzy serial i to nie tego, który spotyka się z Anią po raz pierwszy, tylko tego, który narzeka na fakt, iż właśnie oryginał może zostać zepsuty. Otóż osobie, która nigdy nie czytała książek Montgomery i nie jest zaznajomiona z jedyną słuszną adaptacją, nic nie zostanie zepsute, ponieważ spotyka się z nowym, nieznanym produktem. Serial nie ma za zadanie wiernie odtworzyć książki - ona stanowi dla niego bazę, inspirację, ale nie tworzy wiernej kopii. W tym przypadku nowy fan Ani Shirley nie jest fanem bohaterki książki, a serialu Netflixa.

Jeżeli zaś chodzi o tych fanów starszych, których wizja może zostać "zepsuta"... Prawda jest taka, że jeżeli Wasza interpretacja jednej z bardziej lubianych postaci czy jej historii może ulec zmianie na gorsze z powodu produkcji, która Wam może się nie spodobać, to ta interpretacja jest bardzo słaba. To w żaden sposób nie dotyka książki. Może uwydatnić pewne aspekty powieści, których do tej pory nie dostrzegaliście, ale to nie jest wadą produkcji, tylko Waszym niedopatrzeniem. Omijanie pewnych elementów fabuły czy tworzenie nowych - to właśnie sprawia, że serial ma swój, niepowtarzalny charakter. Pierwszy tom z serii ma już ponad sto lat! Tego nie da się po prostu tak "zniszczyć". Zawsze można wrócić do lektury i poznać ją na nowo - na co, mam nadzieję, i ja znajdę czas przed netflixową premierą - a nie bazować na wrażeniu, jakie się pamięta po paru latach od jej czytania.

Nie mówię przez to, że ten serial będzie dobry. Nie mówię też, że będzie zły. Mówię tylko, że tak bezpodstawnie negatywne podejście do tematu jest śmieszne.

Tutaj możecie obejrzeć najnowszą zapowiedź serialu: klik. Póki co, aktorka odgrywająca główną bohaterkę przekonuje mnie to siebie i zdecydowanie pokrywa się z moim wyobrażeniem Ani Shirley. A co Wy sądzicie?

Źródło zdjęcia: klik.
Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger