14:55

Porażki



Notatnik


Tik. Tak.

Wybiła godzina prawdy. Po zalogowaniu się na konto IRK dowiedziałam się, że Uniwersytet Łódzki odrzucił moją kandydaturę zarówno na studentkę dziennikarstwa, jak i psychologii. Moja wizja przyszłości była już pewna: skoro najgorsza z trzech opcji odrzuciła moje podanie, teraz już nigdzie się nie dostanę. Pogrążyłam się w czarnej otchłani rozpaczy, jakby powiedziała Ania Shirley, ale trwało to tylko godzinę, ponieważ wtedy okazało się, że i Poznań i Toruń zapraszają mnie na swoje uczelnie.

Z sali, w której pisałam maturę z matematyki wyszłam z płaczem. Pewność, że nie zdam była równa pewności, że oddycham. Aż w końcu pewnego dnia poznałam wyniki i okazało się, że całkiem sporo brakowałoby mi do tego, aby... nie zdać.

Kiedy w gimnazjum powiedziałam, że zamierzam iść do nieco lepszego liceum w pobliskim mieście, usłyszałam od koleżanki: nie dostaniesz się. A nawet, jeżeli się dostaniesz, zrezygnujesz po semestrze, bo nie dasz rady. To ten rodzaj słów, które zostają z tobą na dłużej. Ale, dostałam się. Później okazało się, że mam siedem zagrożeń, jednak i z tego wyszłam bez szwanku.

Nie piszę tego w celu masturbacji do autoportretu. Chciałabym raczej wywołać refleksję na temat perspektywy, z jaką możemy postrzegać poszczególne etapy naszego życia. To, co ludzie powszechnie nazywają porażkami, wolę postrzegać jako błędy, z których można się czegoś nauczyć lub je zwyczajnie naprawić. Prawdziwą porażką jest bierne siedzenie w jednym miejscu i śmianie się z faktu, że komuś powinęła się noga, kiedy ten podążał naprzód.

Kiedy coś nie pójdzie po mojej myśli, przypominam sobie historię moich rodziców, która w wielkim skrócie wyglądała mniej więcej tak: wracając z pracy zagranicą zostawili saszetkę z zarobionymi pieniędzmi na dachu samochodu i odjechali, a kiedy sobie przypomnieli parkując przed domem, wzięli po prostu szampana i poszli świętować swój powrót. Niekoniecznie w tej przypowiastce chodzi o to, żeby na stres reagować alkoholem; ja widzę tutaj raczej nieustanne poszukiwanie pozytywnych zakończeń.

Ten semestr zakończyłam jedną poprawką. Nie zdałam egzaminu z systemów medialnych na świecie, na którego uczyłam się dnie i noce i byłam pewna, że 3 mam jak w banku. Cóż - widocznie ktoś mnie okradł. Dlatego przed drugim terminem nie byłam już pewna, czy moja wiedza jest wystarczająca, czy nie, chociaż spędziłam kolejne dnie i noce na nauce. Udało mi się w końcu zaliczyć ten egzamin, ale gdyby to się nie powiodło, przekreśliłoby mi to szanse na stypendium rektora dla najlepszych studentów, które do tej pory było mi przyznawane co roku. Mówiąc w skrócie: byłam wściekła, głównie na siebie.

To uświadomiło mi dwie rzeczy. Nie warto się przejmować ocenami, które w żaden sposób nie określają ani poziomu inteligencji, ani pracy włożonej w przyswajanie wiedzy. I to, że może warto wziąć się za bardziej wartościowy projekt niż osiąganie konkretnego progu średniej.

1 komentarz:

  1. Jeden z lepszych tekstów tutaj. Brakowało tego od dawna. :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger