Od trzynastu lat 10 września obchodzony jest Światowy Dzień
Zapobiegania Samobójstwom. Ma on na celu zwiększenie świadomości społeczeństwa
zarówno na skalę, jak i w ogóle obecność tego problemu.
W Polsce stanowi on temat tabu. Samobójca zazwyczaj zostaje
powszechnie potępiony, a następnie „zapomniany” – „zapomniany”, bo celowo
przemilcza się to, że kiedyś istniała taka osoba. Bywa też tak, że społeczność
nie ma w sobie wystarczająco empatii, aby uszanować zmarłego lub podjąć się
próby zrozumienia motywów takiego działania. Najczęstszą przyczyną takiego
zachowania jest brak wiedzy. Brak rozmowy - bo przecież o „takich rzeczach” się
nie rozmawia.
Wystarczy przypomnieć sobie sprawę nastoletniego Dominika,
który szykanowany przez kolegów zdecydował się na ten drastyczny krok. Jakiś
czas później na Facebooku powstał fanpage dedykowany jego osobie z dopiskiem: „dobrze,
że zdechł”.
W dzisiejszym wpisie nie zamierzam poddawać ocenie
samobójcę. Moim celem jest raczej uświadomienie sobie faktu, że co człowiek to
inna wrażliwość. Że nie tylko my odczuwamy określone emocje. To, co mówimy ma
znaczenie. Dziecko, szczególnie w okresie dojrzewania (bo tak, moi drodzy, to
wciąż jednak dziecko), często przyjmuje nasze słowa z większym echem niż
myślimy.
Bo czym jest depresja? Depresja to choroba. Koniec i
kropka. Choroba, z którą „można przegrać”. A jak każdą chorobę, należy ją
leczyć. Nie możemy rozdzielać pomiędzy ludźmi prawa do zachorowania. Robin Williams? „No, zabił się”. A to dziwne, przecież miał „wszystko”, prawda? Ale
czasem to „wszystko” nie wystarcza, aby „wyzdrowieć”. Analiza wartości
poszczególnych dóbr nie jest czymś sensownym, kiedy ma się zatruty umysł.
Podręcznik samobójcy
W „nastoletnim Internecie”, na portalach społecznościowych,
o których często rodzice nie mają pojęcia, „romantyzowane” jest... samobójstwo.
Depresja dla ich użytkowników to nic innego jak głęboki smutek (nie, to nie
jest „smutek”). Można przetrzeć oczy ze zdziwienia lub westchnąć ze zmęczeniem
nad współczesną młodzieżą, ale... to nic nowego?
Czego uczą nas w szkole? Czytamy „Romeo i Julię”, „Cierpienia
młodego Wertera”, „Antygonę” czy nawet „Lalkę”. Obraz odebrania sobie życia
jest przedstawiany uczniom w sposób poetycki. Ludzie wciąż marzą o wzorze miłości
ukazanej w szekspirowskim dramacie, a przecież ten najbardziej popularny tytuł
angielskiego pisarza to historia kilkudniowego romansu.
Skoro tyle tego rodzaju śmierci w szkolnych lekturach - czego
ja się właściwie czepiam? Otóż tego, że przedstawiona jest ona w sposób
romantyczny lub szlachetny. Żaden z tych przymiotników nie pasuje do aktu
samobójstwa. Nie potępiam w tych słowach samego samobójcy: nie czuję, abym
miała do tego prawo, czy na dobry rozum – że ktokolwiek je posiada. Potępiam
sam akt. Potępiam także to, że przy okazji omawiania książki nikt nie tłumaczy
młodym czytelnikom, że to jest niewłaściwe czy też, że sposób myślenia bohatera
jest niewłaściwy. Tego nie ma, bo to przecież... logiczne?
Wpajany motyw samobójstwa pozostaje gdzieś w umyśle
dojrzewającej osoby. O przypadkach realnych samobójców albo się nie rozmawia,
albo ucina się taką rozmowę słowami „no, zabił się”. „Debil jeden”. Jest
potępienie? Jest. Ale nie dla aktu. Dla człowieka. I krąg braku wiedzy na temat
problemu się zatacza.
„Liczba zamachów samobójczych zakończonych zgonem” w Polsce
na rok 2014 to 6165. Dla porównania - w 2013 roku było to 6101 zgonów, w 2012 -
4177, a w 2011 - 3839 (źródło statystyk tutaj). Pokazuje to tendencję rosnącą
na przestrzeni wymienionych lat. Szacuje się, że w tym roku liczba ta osiągnie
ponad sześć tysięcy. Po co te statystyki? Dla ukazania faktu, iż samobójstwo
jest coraz częstszą przyczyną śmierci, nie aż tak bardzo oddaloną od naszego środowiska, jak uważamy.
Popkultura
Jak współcześnie podchodzimy do
tematu „zamachów samobójczych zakończonych zgonem”? Zestawiłam dwie produkcje
kinowe, jedną polską – drugą amerykańską, aby ukazać sposób racjonalizowania
samobójstwa przez świat zewnętrzny.
Sala samobójców
W 2011 roku w polskich kinach pojawił się film „Sala
samobójców” w reżyserii Jana Komasy. „Krwawię cicho żyjąc – żyję cicho
krwawiąc”. Ukazuje on historię Dominika, który wycofuje się z życia społecznego
na rzecz wirtualnego świata. Chłopak odnajduje się w środowisku ludzi, którzy
sami są pogrążeni w trudnym stanie emocjonalnym. Zbyt bardzo angażuje się w
rolę postaci, którą wykreował w Internecie, co prowadzi do tragedii.
Produkcja w ciekawy sposób pokazuje podejście rodziców
licealisty. Postrzegają jego zachowanie jako rodzaj fanaberii. „W dupie ci się
poprzewracało” – to słowa, które, moim zdaniem, całkiem realnie odzwierciedlają
sposób traktowania młodocianych samobójstw przez społeczeństwo. Także widz może
nie zrozumieć postawy bohatera i stąd spotkanie dramatu Dominika z
niedowierzaniem, a co za tym idzie – śmiechem odbiorcy. „Biedne, wrażliwe,
bogate dziecko”.
Musimy uświadomić sobie fakt, że osoba z myślami
samobójczymi to osoba chora. Nie stanowią one cech jej osobowości – jak często
bywają utożsamiane z nimi zaburzenia psychiczne? I w jakim stopniu człowiek
zdrowy może zrozumieć motywy zamachu na własne życie, skoro jego „instynkt
samozachowawczy” działa w sposób prawidłowy?
Charlie
„The Perks of Being a Wallflower”, czyli polski „Charlie”
to również historia chłopaka, który znajduje się właśnie w liceum. Kolejny
dosyć mainstreamowy film opowiadający o próbie samobójczej, którego możliwość
oglądania mieliśmy także i w Polsce.
Tytułowy Charlie jest jednak postacią, być może wyraźniej
dla przeciętnego odbiorcy, ukazującą zły stan psychiczny. To nieśmiała i
wycofana osoba, która nie do końca radzi sobie z towarzystwem innych ludzi,
nawet przyjaciół. Źródło problemów z odnalezieniem siebie wypiera ze swojej
świadomości, co doprowadza go na skraj wytrzymałości. W pewnej chwili nie liczy
się to, że ma bliskie, kochające go osoby, tylko pewnego rodzaju obłęd, który
otacza jego umysł. Obłęd, którego przyczyną jest powracające wspomnienie ciotki
– poczucie winy, że mógł w pewien sposób przyczynić się do jej śmierci, a
zarazem ból związany z faktem, że był przez nią molestowany.
Większe zrozumienie dla głównego bohatera przez widza ma
źródło w tym, że w produkcji jest poruszane kolejne tabu – „zły dotyk”,
dodatkowo: połączony z członkiem rodziny. W przypadku „Sali samobójców” motyw
zachowania postaci wydaje się być zamazany, ponieważ społeczeństwo czuje prawo
do rozdawania kuponów na depresję: „on miał powód do bycia smutnym, a ty nie”.
No,
zabił się
W 2015 roku
byłam w Poznaniu na „Życiu bez ograniczeń” – czymś w rodzaju zlotu trenerów
personalnych, tj. mówców motywacyjnych. Wystąpił tam, między innymi, Les Brown,
siedemdziesięcioletni mężczyzna, który powiedział, że od dwudziestu paru lat
walczy z rakiem. Bo nowotwór to wyrok dożywotni; to, że odezwał się tylko raz i
został „zaleczony”, nie oznacza, że bitwa się zakończyła.
Tak samo jest z
depresją. To nie jest choroba, z której można „wyzdrowieć”. To maraton.
Maraton, który czasem się przegrywa, tak samo jak walkę z rakiem. Nie jest to
jedyne zaburzenie psychiczne, które może doprowadzić do samobójstwa, ale to o
nim mówi się jednocześnie najwięcej, jak i najmniej precyzyjnie.
Dzisiejszy dzień
to Dzień Zapobiegania Samobójstwom, nie Dzień Potępienia Dla Samobójcy. Tak jak
o krwawiącą ranę trzeba zadbać, aby nie zaczęła ropieć, tak należy również
postępować w przypadku zadrapań, których nie widać gołym okiem. Aby ktoś w
naszym towarzystwie nie musiał kiedyś powiedzieć o znajomym „no, zabił się”.
Źródło zdjęcia: klik

Post ciekawy, ale Robbie Williams aż bije po oczach. Błagam, popraw to - ten człowiek jeszcze żyje ;)
OdpowiedzUsuńJezusmaria, ale wstyd. Dziękuję bardzo :)
Usuń