10:23

Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom




Od trzynastu lat 10 września obchodzony jest Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Ma on na celu zwiększenie świadomości społeczeństwa zarówno na skalę, jak i w ogóle obecność tego problemu. 

W Polsce stanowi on temat tabu. Samobójca zazwyczaj zostaje powszechnie potępiony, a następnie „zapomniany” – „zapomniany”, bo celowo przemilcza się to, że kiedyś istniała taka osoba. Bywa też tak, że społeczność nie ma w sobie wystarczająco empatii, aby uszanować zmarłego lub podjąć się próby zrozumienia motywów takiego działania. Najczęstszą przyczyną takiego zachowania jest brak wiedzy. Brak rozmowy - bo przecież o „takich rzeczach” się nie rozmawia.

Wystarczy przypomnieć sobie sprawę nastoletniego Dominika, który szykanowany przez kolegów zdecydował się na ten drastyczny krok. Jakiś czas później na Facebooku powstał fanpage dedykowany jego osobie z dopiskiem: „dobrze, że zdechł”.

W dzisiejszym wpisie nie zamierzam poddawać ocenie samobójcę. Moim celem jest raczej uświadomienie sobie faktu, że co człowiek to inna wrażliwość. Że nie tylko my odczuwamy określone emocje. To, co mówimy ma znaczenie. Dziecko, szczególnie w okresie dojrzewania (bo tak, moi drodzy, to wciąż jednak dziecko), często przyjmuje nasze słowa z większym echem niż myślimy.

Bo czym jest depresja? Depresja to choroba. Koniec i kropka. Choroba, z którą „można przegrać”. A jak każdą chorobę, należy ją leczyć. Nie możemy rozdzielać pomiędzy ludźmi prawa do zachorowania. Robin Williams? „No, zabił się”. A to dziwne, przecież miał „wszystko”, prawda? Ale czasem to „wszystko” nie wystarcza, aby „wyzdrowieć”. Analiza wartości poszczególnych dóbr nie jest czymś sensownym, kiedy ma się zatruty umysł. 

Podręcznik samobójcy

W „nastoletnim Internecie”, na portalach społecznościowych, o których często rodzice nie mają pojęcia, „romantyzowane” jest... samobójstwo. Depresja dla ich użytkowników to nic innego jak głęboki smutek (nie, to nie jest „smutek”). Można przetrzeć oczy ze zdziwienia lub westchnąć ze zmęczeniem nad współczesną młodzieżą, ale... to nic nowego?

Czego uczą nas w szkole? Czytamy „Romeo i Julię”, „Cierpienia młodego Wertera”, „Antygonę” czy nawet „Lalkę”. Obraz odebrania sobie życia jest przedstawiany uczniom w sposób poetycki. Ludzie wciąż marzą o wzorze miłości ukazanej w szekspirowskim dramacie, a przecież ten najbardziej popularny tytuł angielskiego pisarza to historia kilkudniowego romansu.

Skoro tyle tego rodzaju śmierci w szkolnych lekturach - czego ja się właściwie czepiam? Otóż tego, że przedstawiona jest ona w sposób romantyczny lub szlachetny. Żaden z tych przymiotników nie pasuje do aktu samobójstwa. Nie potępiam w tych słowach samego samobójcy: nie czuję, abym miała do tego prawo, czy na dobry rozum – że ktokolwiek je posiada. Potępiam sam akt. Potępiam także to, że przy okazji omawiania książki nikt nie tłumaczy młodym czytelnikom, że to jest niewłaściwe czy też, że sposób myślenia bohatera jest niewłaściwy. Tego nie ma, bo to przecież... logiczne?

Wpajany motyw samobójstwa pozostaje gdzieś w umyśle dojrzewającej osoby. O przypadkach realnych samobójców albo się nie rozmawia, albo ucina się taką rozmowę słowami „no, zabił się”. „Debil jeden”. Jest potępienie? Jest. Ale nie dla aktu. Dla człowieka. I krąg braku wiedzy na temat problemu się zatacza.

„Liczba zamachów samobójczych zakończonych zgonem” w Polsce na rok 2014 to 6165. Dla porównania - w 2013 roku było to 6101 zgonów, w 2012 - 4177, a w 2011 - 3839 (źródło statystyk tutaj). Pokazuje to tendencję rosnącą na przestrzeni wymienionych lat. Szacuje się, że w tym roku liczba ta osiągnie ponad sześć tysięcy. Po co te statystyki? Dla ukazania faktu, iż samobójstwo jest coraz częstszą przyczyną śmierci, nie aż tak bardzo oddaloną od naszego środowiska, jak uważamy.

Popkultura

Jak współcześnie podchodzimy do tematu „zamachów samobójczych zakończonych zgonem”? Zestawiłam dwie produkcje kinowe, jedną polską – drugą amerykańską, aby ukazać sposób racjonalizowania samobójstwa przez świat zewnętrzny.

Sala samobójców

W 2011 roku w polskich kinach pojawił się film „Sala samobójców” w reżyserii Jana Komasy. „Krwawię cicho żyjąc – żyję cicho krwawiąc”. Ukazuje on historię Dominika, który wycofuje się z życia społecznego na rzecz wirtualnego świata. Chłopak odnajduje się w środowisku ludzi, którzy sami są pogrążeni w trudnym stanie emocjonalnym. Zbyt bardzo angażuje się w rolę postaci, którą wykreował w Internecie, co prowadzi do tragedii.

Produkcja w ciekawy sposób pokazuje podejście rodziców licealisty. Postrzegają jego zachowanie jako rodzaj fanaberii. „W dupie ci się poprzewracało” – to słowa, które, moim zdaniem, całkiem realnie odzwierciedlają sposób traktowania młodocianych samobójstw przez społeczeństwo. Także widz może nie zrozumieć postawy bohatera i stąd spotkanie dramatu Dominika z niedowierzaniem, a co za tym idzie – śmiechem odbiorcy. „Biedne, wrażliwe, bogate dziecko”.

Musimy uświadomić sobie fakt, że osoba z myślami samobójczymi to osoba chora. Nie stanowią one cech jej osobowości – jak często bywają utożsamiane z nimi zaburzenia psychiczne? I w jakim stopniu człowiek zdrowy może zrozumieć motywy zamachu na własne życie, skoro jego „instynkt samozachowawczy” działa w sposób prawidłowy?

Charlie

„The Perks of Being a Wallflower”, czyli polski „Charlie” to również historia chłopaka, który znajduje się właśnie w liceum. Kolejny dosyć mainstreamowy film opowiadający o próbie samobójczej, którego możliwość oglądania mieliśmy także i w Polsce.

Tytułowy Charlie jest jednak postacią, być może wyraźniej dla przeciętnego odbiorcy, ukazującą zły stan psychiczny. To nieśmiała i wycofana osoba, która nie do końca radzi sobie z towarzystwem innych ludzi, nawet przyjaciół. Źródło problemów z odnalezieniem siebie wypiera ze swojej świadomości, co doprowadza go na skraj wytrzymałości. W pewnej chwili nie liczy się to, że ma bliskie, kochające go osoby, tylko pewnego rodzaju obłęd, który otacza jego umysł. Obłęd, którego przyczyną jest powracające wspomnienie ciotki – poczucie winy, że mógł w pewien sposób przyczynić się do jej śmierci, a zarazem ból związany z faktem, że był przez nią molestowany.

Większe zrozumienie dla głównego bohatera przez widza ma źródło w tym, że w produkcji jest poruszane kolejne tabu – „zły dotyk”, dodatkowo: połączony z członkiem rodziny. W przypadku „Sali samobójców” motyw zachowania postaci wydaje się być zamazany, ponieważ społeczeństwo czuje prawo do rozdawania kuponów na depresję: „on miał powód do bycia smutnym, a ty nie”.

No,  zabił się

W 2015 roku byłam w Poznaniu na „Życiu bez ograniczeń” – czymś w rodzaju zlotu trenerów personalnych, tj. mówców motywacyjnych. Wystąpił tam, między innymi, Les Brown, siedemdziesięcioletni mężczyzna, który powiedział, że od dwudziestu paru lat walczy z rakiem. Bo nowotwór to wyrok dożywotni; to, że odezwał się tylko raz i został „zaleczony”, nie oznacza, że bitwa się zakończyła.

Tak samo jest z depresją. To nie jest choroba, z której można „wyzdrowieć”. To maraton. Maraton, który czasem się przegrywa, tak samo jak walkę z rakiem. Nie jest to jedyne zaburzenie psychiczne, które może doprowadzić do samobójstwa, ale to o nim mówi się jednocześnie najwięcej, jak i najmniej precyzyjnie.

Dzisiejszy dzień to Dzień Zapobiegania Samobójstwom, nie Dzień Potępienia Dla Samobójcy. Tak jak o krwawiącą ranę trzeba zadbać, aby nie zaczęła ropieć, tak należy również postępować w przypadku zadrapań, których nie widać gołym okiem. Aby ktoś w naszym towarzystwie nie musiał kiedyś powiedzieć o znajomym „no, zabił się”.


Źródło zdjęcia: klik

2 komentarze:

  1. Post ciekawy, ale Robbie Williams aż bije po oczach. Błagam, popraw to - ten człowiek jeszcze żyje ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger