Moja samoocena spadła
gdzieś do poziomu, z jakim rozpoczynałam swoje studia dziennikarskie. Przez
ostatnie pół roku schudłam sześć kilo, żeby w tym samym okresie ponownie je
nabrać. Stres krążył w moich żyłach razem z kofeiną, która tak naprawdę nie
była środkiem pobudzającym motywację. Miałam wrażenie, że tak naprawdę nic nie
osiągnęłam, a moje oceny obniżyły przynajmniej o połowę swoją wartość. Problemy
skórne przypomniały o sobie ze zdwojoną siłą – obecnie jestem na
antytrądzikowej kuracji antybiotykowej. Ogólnie rzecz biorąc: było źle. A
przynajmniej ja wszystko widziałam w barwach szarości.
Ktoś kiedyś napisał mi,
że studenci mają tendencję do oceny swojego życia po zakończonym roku
akademickim. Przemyślałam to. Poczułam się, jakbym uzależniała własną jakość od
jakości przedsięwzięć, jakich podejmowałam się w ciągu dziewięciu miesięcy nauki,
a później spadałam w próżnię tych wakacyjnych trzech, w trakcie których
próbowałam się ze sobą pogodzić.
Później zaczęłam się
zastanawiać, co sprawia, że jestem dla siebie tak surowa. Tak jakby fakt, że
dostałam kolejny raz w kość stanowił tylko i wyłącznie moją winę. Zmieniłam też
kryteria oceny. Dzięki temu przypomniałam sobie, ile marzeń zrealizowałam: na
moim lewym przedramieniu jest tatuaż, który od dłuższego czasu chciałam sobie
zrobić; w lipcu byłam na swoim pierwszym Woodstocku i pierwszych, właściwie
dorosłych, wakacjach nad morzem, które chyba ostatnio widziałam gdzieś w
okolicach gimnazjum. Pod koniec września zostanie opublikowana pierwsza praca
naukowa mojego zespołu w piśmie o takowym profilu. Nie mówiąc już o tym, że
napisałam swój pierwszy artykuł, który mogłam przeczytać w „normalnej” gazecie.
Odbyłam praktyki w regionalnym oddziale telewizji publicznej. Nawet oceny,
jeżeli mamy już do tego wracać, okazały się w miarę w porządku – dzięki dobrze
zdanej poprawce znowu mam szanse na stypendium naukowe. W końcu: założyłam
bloga.
Okazuje się, że naprawdę
wiele zależy od perspektywy. Czasem wystarczy po prostu oczyścić filtry, przez
które obserwuje się rzeczywistość – czy własne poczynania. Wróciłam do czytania
książek dla własnej przyjemności, uświadomiłam sobie, że wciąż mam tę magiczną
moc uszczęśliwiania innych ludzi i wydaje mi się, że trochę bardziej dojrzałam.
Chociażby do realizacji swoich marzeń i celów.
Bo marzenia nie zawsze
muszą mieć sens – a już na pewno – dla otoczenia. Dawno temu oglądałam filmik w
Internecie, na którym wypowiadał się jakiś wykładowca (chyba – jeżeli ktoś
kojarzy, podrzućcie nazwisko). Mówił on o tym, że to często bezsensowność w
marzeniach ma największą magię. Jako przykład dał to, że od lat marzyła mu się
przyczepa kempingowa i w końcu ją sobie kupił. Przez większość roku stoi
nieużywana, dopiero w okresie letnim „odkurza” ją na wakacyjny wyjazd.
Pomyślałam o swoim tacie, który zrobił dokładnie to samo – odnowiona „zapiekanka”
stoi na naszym podwórku, a on czasem zagląda do środka i uśmiecha się do
siebie. Zbiera rzeczy będące oznaką PRLu i w ten sposób dekoruje jej wnętrze;
dla nas może być to niezrozumiałe, ale jemu sprawia to autentyczną przyjemność.
Kiedy pod koniec
pierwszego roku studiów zorientowałam się, że mam szanse na stypendium naukowe,
wiedziałam już, że będę miała z czego oszczędzać. I tak, na następnym roku
studiów, zaoszczędziłam dostateczną kwotę, aby zrealizować własne „bezsensowne
marzenie”.
Londyn
21 września lecę do
Londynu.
Do tej daty coraz
bliżej, a ja wciąż nie do końca utożsamiam ją z rzeczywistością. Dotknę wózek
na peronie 9 i ¾, świadectwo piętna, jakie Harry Potter odbił na kulturze –
sagi, która w jakiś sposób ukształtowała mnie taką, jaką jestem; echa
dzieciństwa. Przez dziewięć dni będę miała możliwość zwiedzania i poznawania
miasta – miejsca, które chciałam odwiedzić od… dłuższego czasu. Zrobię sobie
nawet żałosne zdjęcie w budce telefonicznej, nie obchodzą mnie cudze śmieszki.
Będę tam i będę zachowywać się jak wiecznie podekscytowany turysta, a mojej
radości nie ograniczy czyjaś opinia. Zapracowałam na to.
A później, na kilka
miesięcy przed zaplanowaną podróżą i po wykupieniu biletów lotniczych oraz
dokonania rezerwacji pokoju w hotelu (nie dającej możliwości bezpłatnego
odwołania owej rezerwacji), osoba, z którą miałam zamiar tam się wybrać
zrezygnowała z wyjazdu. Minęły kolejne dwa miesiące i „stał się” Brexit.
Pierwsza przeszkoda
znalazła łatwe rozwiązanie: do Londynu lecę z przyjaciółką. Druga chyba
takowego nie ma. Sytuacja stała się do tego stopnia „śmieszna”, że rodzice mówią
nam, żebyśmy nie rozmawiały publicznie po polsku.
Wrześniowa wyprawa do
Wielkiej Brytanii stała się czymś więcej niż punktem do zaliczenia na liście
marzeń. Teraz to jednocześnie dziennikarska praktyka: obserwacja miasta po
Brexicie. Będę w samym centrum wydarzeń, które dzisiaj omawiane są w mediach. Wydaje
mi się jednak, że sytuacja Polaków w stolicy może inaczej wyglądać niż w
mniejszych miastach i miasteczkach. Zdaję sobie sprawę z ewentualnego
zagrożenia, ale jak to powiedziała Agnieszka, z którą tam się wybieram – „nie
dajmy się zwariować”. Poza tym to nie jest „niemożliwe” wyzwanie na poziomie
zdobycia Mont Everestu.
Tym pozytywnym akcentem
zakończę wspaniałe wakacje. Przypomina mi się scena z „Małego Księcia”, w
której Pilot i Mały Książę są spragnieni na pustyni i aby zaczerpnąć wodę ze
studni, muszą się przy tym sporo napracować. Kiedy jednak już jej kosztują,
smakuje ona o wiele lepiej niż smakowałaby w sytuacji, gdyby była ona łatwiej
dostępna. Może porównanie to jest nad wyraz dramatyczne, ale po części pasuje
do mojego bezsensownego londyńskiego marzenia. „Nikt nie mówił, że będzie łatwo”.
Po jego realizacji
czeka mnie ostatni rok studiów pierwszego stopnia i pisanie pracy
licencjackiej. Wraz z przyjaciółką zobaczymy Londyn! I może nie jest kolorowo,
ale nie oznacza to, że jest całkiem szaro.
Źródło zdjęcia: klik

Chodzi zapewne o Jacka Walkiewicza i wykład "Pełna moc możliwości" z TEDx. Super człowiek. Jego wykłady dają dużo do myślenia. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń