19:06

Dlaczego „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” złym filmem jest


grafika nie jest mojego autorstwa: klik do oryginału


Jak zawsze w takich sytuacjach bywa, ci, którzy już obejrzeli film podzielili się na dwie grupy: grupę widzów, którym „Star Warsy” się podobały i grupę widzów, którzy wyszli z kina z cierpieniem wymalowanym na twarzy. Motto obu stron jest jednak zazwyczaj takie samo: albo z nami, albo przeciw nam. Dlatego istnienie osób, które mają ambiwalentny stosunek do produkcji oczywiście się odrzuca.

Na „Gwiezdne Wojny” wybrałam się z dosyć czystym umysłem, ponieważ nie oglądałam przed premierą żadnych trailerów, filmów promocyjnych – niczego, nie czytałam też teorii spiskowych ani w ogóle nie zagłębiałam się w nowinki o nadchodzącej premierze. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero czekając przed salą kinową, przyglądając się cosplayerom. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotkałam się z ludźmi przebranymi za ulubione przez siebie postacie będąc w kinie i miało to swój urok.

Wracając jednak do szkieletu mojego wywodu. Przez połowę filmu czekałam. Czekałam, aby poczuć cokolwiek. Aż kiedy w końcu jakieś emocje się we mnie wzbudziły, były to frustracja i zmęczenie, a wtedy już tylko oczekiwałam napisów końcowych. Większość „żarcików” w filmie jest żenująca, a scen dramatycznych, mających wywołać wzruszenie u widza, śmiesznych. Okej: są dwie sceny o nacechowaniu humorystycznym, przy których się zaśmiałam. Przyznaję. Ale jeżeli dowcipy na podobnym poziomie przewijają się przez cały seans, zaczynasz myśleć o wyjściu. I wiesz, że jest słabo, kiedy najzabawniejszy moment jest wtedy, gdy zapada cisza i następuje pewna eksplozja na ekranie, a jeden z oglądających mówi głośno „ale zajebiste”.

„Ostatni Jedi” to zlepek najoczywistszych wątków przewijających się zarówno przez samą serię „Gwiezdnych Wojen”, jak i innych produkcji o podobnej tematyce. Każde rozwiązanie jest łatwe do przewidzenia w momencie, kiedy tylko zarysuje się problem. W pewnym momencie chłopak do mnie wyszeptał: "a teraz będzie dramatyczne wejście Luke’a z zrzuceniem kaptura". Pomyślałam: nie no, nie mogą sięgnąć aż po taki kicz. I wiecie co? Odpowiedzcie sobie sami.


W skrócie: tanie chwyty i nuda. Gdybym musiała ocenić ten film, dałabym mu jedną gwiazdkę. Nie żałuję wydanych pieniędzy na bilety, ponieważ warto jednak wypracować własną na temat produktu, do czego również Was zachęcam. Pomimo to wiem jedno: to był ostatni film z tej serii, na który poszłam do kina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 ZJADACZ POPKULTURY , Blogger