![]() |
| grafika nie jest mojego autorstwa: klik do oryginału |
Jak zawsze w takich sytuacjach
bywa, ci, którzy już obejrzeli film podzielili się na dwie grupy: grupę widzów,
którym „Star Warsy” się podobały i grupę widzów, którzy wyszli z kina z
cierpieniem wymalowanym na twarzy. Motto obu stron jest jednak zazwyczaj takie
samo: albo z nami, albo przeciw nam. Dlatego istnienie osób, które mają ambiwalentny
stosunek do produkcji oczywiście się odrzuca.
Na „Gwiezdne Wojny”
wybrałam się z dosyć czystym umysłem, ponieważ nie oglądałam przed premierą
żadnych trailerów, filmów promocyjnych – niczego, nie czytałam też teorii
spiskowych ani w ogóle nie zagłębiałam się w nowinki o nadchodzącej premierze. Zdałam
sobie z tego sprawę dopiero czekając przed salą kinową, przyglądając się cosplayerom.
Muszę przyznać, że pierwszy raz spotkałam się z ludźmi przebranymi za ulubione
przez siebie postacie będąc w kinie i miało to swój urok.
Wracając jednak do
szkieletu mojego wywodu. Przez połowę filmu czekałam. Czekałam, aby poczuć
cokolwiek. Aż kiedy w końcu jakieś emocje się we mnie wzbudziły, były to
frustracja i zmęczenie, a wtedy już tylko oczekiwałam napisów końcowych.
Większość „żarcików” w filmie jest żenująca, a scen dramatycznych, mających
wywołać wzruszenie u widza, śmiesznych. Okej: są dwie sceny o nacechowaniu
humorystycznym, przy których się zaśmiałam. Przyznaję. Ale jeżeli dowcipy na
podobnym poziomie przewijają się przez cały seans, zaczynasz myśleć o wyjściu. I
wiesz, że jest słabo, kiedy najzabawniejszy moment jest wtedy, gdy zapada cisza
i następuje pewna eksplozja na ekranie, a jeden z oglądających mówi głośno „ale
zajebiste”.
„Ostatni Jedi” to
zlepek najoczywistszych wątków przewijających się zarówno przez samą serię „Gwiezdnych
Wojen”, jak i innych produkcji o podobnej tematyce. Każde rozwiązanie jest
łatwe do przewidzenia w momencie, kiedy tylko zarysuje się problem. W pewnym
momencie chłopak do mnie wyszeptał: "a teraz będzie dramatyczne wejście Luke’a z
zrzuceniem kaptura". Pomyślałam: nie no, nie mogą sięgnąć aż po taki kicz. I
wiecie co? Odpowiedzcie sobie sami.
W skrócie: tanie chwyty
i nuda. Gdybym musiała ocenić ten film, dałabym mu jedną gwiazdkę. Nie żałuję
wydanych pieniędzy na bilety, ponieważ warto jednak wypracować własną na temat
produktu, do czego również Was zachęcam. Pomimo to wiem jedno: to był ostatni
film z tej serii, na który poszłam do kina.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz